Posłannictwo.., ale jakie ?

                   

Rabin Rafael G. Grossman, prezes Rady Rabinicznej Ameryki, stwierdził niedawno: „Antysemityzm to bezpośredni skutek chrześcijańskiej potrzeby nawracania nas. Jak w przypadku wzgardzonych kochanków, odrzucenie przemienia miłość w nienawiść. A jeśli jak ja spędziliście większość swego życia w »Pasie Biblii« na południu Stanów, to dobrze wiecie, że to prawda”.1 Rabin widać nie zdaje sobie sprawy, że antysemityzm to obrzydliwość dla prawdziwego chrześcijaństwa. Sam Jezus był Żydem, a Biblia jasno określa Żydów jako naród wybrany przez Pana i przez Niego umiłowany, który wszyscy znający Boga powinni miłować i błogosławić.
Faktem jest natomiast, że chrześcijanie poświęcają znacznie więcej czasu i wysiłku na próby ewangelizowania nie-Żydów niż na ewangelizację Żydów. Wbrew temu, co mogą sobie wyobrażać Żydzi, większość Amerykanów odrzuciła Chrystusa i nie jest chrześcijanami. Idąc za rozumowaniem rabina, należałoby więc oczekiwać, że chrześcijanie będą nienawidzili niechrześcijan, w tym i członków swoich rodzin, za to, że odrzucają Chrystusa. Tymczasem osoba, która nienawidzi drugiego człowieka, nie jest chrześcijaninem (1 J 2,9.11; 3,15; 4,20).


Mówić, nie mówić?
Prawdziwi chrześcijanie dzielą się Ewangelią z miłości ku innym. Jeśli świat kona z powodu strasznej epidemii, czyż nie jest nienawiścią nie zachęcać chorych, by przyjęli jedyny, a nam znany lek? Niezaoferowanie takiego leku byłoby wprost ohydą! Chrześcijanin z całego serca wierzy, iż Jezus to Bóg, który przyszedł jako człowiek, by umrzeć jako wypełnienie starotestamentowych ofiar zwierzęcych - za nasze grzechy, i że tylko uznając tę Jego zapłatę za grzech my, grzesznicy, możemy otrzymać przebaczenie. Niewierzący - Żyd czy nie-Żyd - nawet jeśli propozycję tę odrzuci, może tylko szanować chrześcijanina, który mu ją szczerze przedstawił.
Większość chrześcijan, bojąc się urazić rozmówcę, unika dzielenia się Ewangelią z Żydami. Niektóre misje, jak choćby Międzynarodowa Ambasada Chrześcijańska w Jerozolimie, wpisały to wręcz w swą politykę, aby nie głosić Żydom Ewangelii. A przecież Chrystus polecił swoim uczniom głosić Ewangelię tak Żydom jak i poganom, poczynając od Jerozolimy (Łk 24,47; Dz 1,8).


Naprawianie świata?
Dawniejszymi czasy wśród chrześcijan ewangelikalnych panowała pełna zgoda co do tego, że Ewangelię należy głosić wszędzie i każdemu i toczyć walkę o wiarę (Jd 3): wiarę w to, że Chrystus umarł za nasze grzechy, aby „nas wyzwolić z teraźniejszego wieku złego według woli Boga i Ojca naszego” (Gal 1,4) i uczynić nas obywatelami nieba (Flp 3,20). Chrześcijanie dobrze wiedzieli, że nie są „z tego świata”, że Chrystus ich „wybrał ze świata” (J 15,19), że do nich należy „niebieskie powołanie” (Hbr 3,1), że w Chrystusie już zostali posadzeni „w okręgach niebieskich” (Ef 2,6).
Nie ma w Biblii apelu o reformowanie tego świata. Tych jej bohaterów, którzy byli w stanie podjąć się tego dzieła (Józef, drugi po faraonie, Estera i Mordochaj za króla perskiego Ahaszwerosza czy Daniel za panowania kilku władców), użył Bóg przede wszystkim jako narzędzi, by ocalić swój lud, a nie jako reformatorów bezbożnych społeczeństw. Jezus nie starał się przebudować niegodziwego systemu swoich czasów; Apostołowie i pierwsi chrześcijanie też nie organizowali marszów dla Jezusa ani marszów przeciwko złu. A przecież „uczynili zamęt w całym świecie (Dz 17,6) - głosząc Ewangelię, nie zaś propagując „tradycyjne wartości” i protestując przeciw złu.
Posłannictwem więc chrześcijan jest już od z górą 1900 lat wzywanie pojedynczych osób z tego świata ku Bożemu „królestwu niebieskiemu” (2 Tm 4,18). Udana reforma społeczna może być co najwyżej produktem ubocznym przemiany konkretnych  jednostek, przez wiarę w Chrystusa narodzonych na nowo, których zmienione życie wywiera dobroczynny wpływ na otoczenie.


Chrześcijanie przy ołtarzu świata?
Dotąd nie do pomyślenia było łączenie się chrześcijan w jeden szereg z niewierzącymi z myślą o reformowaniu tego świata. Lecz to właśnie dziś się dzieje. Jednym z najwcześniejszych przykładów tej tendencji jest wolnomularstwo, gdzie w niepojęty wprost sposób chrześcijanie dołączyli do pogańskiego „bractwa”. U czołowych autorytetów z dziedziny masonerii czytamy:

Wolnomularstwo [...] wymaga tylko, aby wierzyć w jakieś bóstwo, nadać mu dowolne imię [...] może to być każde bóstwo...2
Wolnomularstwo [to religia], wokół której ołtarzy mogą się gromadzić jako bracia i łączyć w modlitwie chrześcijanie, Hebrajczycy, muzułmanie, bramani [hinduiści], uczniowie Konfucjusza i Zaratustry...3

Czy prawdziwy chrześcijanin może dołączyć do modlitwy przy takim ołtarzu?! A jednak wielu tak czyniło i czyni. „Chrześcijański” mason nie może oprzeć się na Słowie Bożym i głosić Chrystusa jako jedynego Zbawiciela - bo to kłóci się z „ekumenizmem”, któremu dał się usidlić. Mistyczne rytuały masonerii są bluźniercze. Na przykład rytuał Rycerza Wschodu i Zachodu ukazuje „koniec świata, gdy wszyscy prawdziwi masoni otrzymają swą nagrodę: będą poprowadzeni do tronu po prawicy Bóstwa, zostawszy najpierw oczyszczonymi przez obmycie szat w swojej własnej krwi” (a nie krwi Baranka! - Obj 7,14).4 Pomimo to ogromne rzesze [amerykańskich] chrześcijan są w masonerii. Czym to usprawiedliwić?
Dave Thomas, właściciel sieci restauracji Wendy Old Fashioned Hamburgers, zdeklarowany chrześcijanin, a zarazem mason 33 stopnia, wyjaśnia:

Jestem dumny jako mason. Uważam wolnomularstwo za podwalinę dzisiejszej Ameryki, łączącą dobrych ludzi dla wspólnego celu: pomagania innym. Dumny jestem z tych wielkich spraw, jakich dokonali masoni.5


Słudzy „tradycyjnych wartości moralnych”?
Podobne słowa („wielkie dobro” czynione wspólnie przez ludzi łączących się „w szczytnym celu”) mają na swoje usprawiedliwienie ci chrześcijanie, którzy „chodzą w obcym jarzmie z niewiernymi” (2 Kor 6,14), angażując się wraz z nimi w działalność społeczno-polityczną. „Wielkie Posłanie” - aby „głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15) - zostało dziś zredefiniowane jako misja, do której może dołączyć każdy zwolennik „tradycyjnej moralności”. Na tym ma dziś polegać „misja chrześcijaństwa”.
Kenneth S. Kantzer z pisma Christianity Today pisze:

Szerzenie się zgnilizny moralnej, niszczącej korzenie wolnego i sprawiedliwego społeczeństwa, sprawia, że my, chrześcijanie ewangelikalni, musimy zewrzeć szeregi z naszymi katolickimi bliźnimi. A także z mormonami, konserwatywnymi Żydami oraz niewierzącymi, którzy podzielają nasze wartości...6

Nie ma rzecz jasna mowy o ewangelizowaniu niewierzących współbojowników, bo to byłoby obraźliwe i zakończyłoby współpracę.
Do Koalicji Chrześcijańskiej Pata Robertsona należą mormoni, moonici, katolicy, Żydzi i przedstawiciele rozmaitych światopoglądów, ale podzielający ideały konserwatyzmu politycznego i tradycyjnej moralności. Omamowi temu uległ nawet J. I. Packer. Na łamach Christianity Today interpretuje on Chrystusowy nakaz ewangelizacji jako wezwanie „do rechrystianizacji obszaru Ameryki Północnej [...] i podniesienia z ruin [...] kultury północnoamerykańskiej”!7 W którym to miejscu Pismo nawołuje do podobnej misji?
Llewellyn Rockwell zauważa:

Chrześcijaństwo jest dziś do cna spolitycyzowane. Biskupi [katoliccy] i [Ralph] Reed bez zająknienia mówią o wadze prorodzinnego ustawodawstwa i o chwale pluralizmu religijnego, lecz krygują się mówić o takich podstawach jak chrześcijańska nauka o zbawieniu. Im dłużej będzie się ciągnął ten proces politycyzacji, tym większemu rozwodnieniu ulegnie wiara. Ambicje polityczne skłaniają ludzi do ustępstw w sprawie przekonań w celu zdobycia poparcia. [...] Pierwsza faza sprzeniewierzania następuje z chwilą postawienia pluralizmu politycznego ponad prawdą doktrynalną, druga zaś faza to zupełne zaprzeczanie prawdzie doktrynalnej w celu osiągnięcia konkretnych skutków politycznych.8

Ralph Reed, dyrektor Koalicji Chrześcijańskiej Robertsona, stwierdził: „Rodząca się współpraca katolików i protestantów ewangelikalnych będzie [w kolejnych dekadach] najbardziej wpływową siłą wśród elektoratu [...] [łącząc] ludzi wiary” w działaniu dla wspólnego dobra narodu. Wynika z tego, że każda „wiara” jest tu dobra. Właśnie z takiej współpracy zrodziła się w 1994 roku deklaracja „Chrześcijanie Ewangelikalni i Katolicy Razem. Misja chrześcijańska w trzecim tysiącleciu” (ECT). 30 marca 1994 New York Times donosił:

Trudzili się razem w ruchach antyaborcyjnych i antypornograficznych, dziś zaś czołowi katolicy i ewangelikanie proszą swe trzódki o zadziwiający skok wiary: uznanie się nawzajem jako chrześcijan.

Sygnatariusze ECT twierdzą: „Mamy dużo więcej wspólnego z konserwatywnymi katolikami niż z liberalnymi protestantami”. To samo mógł rzec Paweł apostoł o judaizujących chrześcijanach. Oni też wierzyli w prawdziwą Ewangelię, tyle tylko że dodawali, iż aby zostać zbawionym, trzeba przestrzegać Prawa. Ale Paweł nie dołączył do judaizujących, by wspólnie z nimi krzewić moralność w społeczeństwie i reformować cesarstwo - tylko przeklął ich! Dlaczego? Bo głosili „inną ewangelię”, która wiodła ich słuchaczy ku zgubie. Rzym tymczasem dodał do Ewangelii rzeczy, o jakich tamtym nawet się nie śniło!
Chrześcijanie ewangelikalni idący na czele walki ze złem w społecznym rzadko kiedy sprzeciwiają się fałszywemu nauczaniu w kościele. A przecież Chrystus i jego uczniowie nie zajmowali się organizowaniem ruchów społecznych poza kościołem, skupiając się na naprawianiu tego, co złe w samym kościele.
Paradoksalnie największy winowajca wielkiego tempa demoralizacji społeczeństwa w ciągu ostatnich czterdziestu lat jest dziś przez rozpolitykowanych przywódców chrześcijańskich raczej lansowany niż zwalczany. Winowajcą tym jest psychologia.


U ołtarzy psychologii:
Wyemancypowani od Boga

Psychologiczna redefinicja grzechu jako „choroby” pozwala usprawiedliwić niemoralność, jest zatem do niej zachętą. Grzesznik miast zostać osądzonym i wezwanym do nawrócenia słyszy, iż potrzeba mu „terapii”. W kategoriach „syndromu” bądź skutku „uzależnienia” tłumaczy się dzisiaj wszystko: od nieposłuszeństwa po morderstwo. Cudzołożnicy to dziś „osoby uzależnione od seksu”, a pieniądze z naszych „ubezpieczeń społecznych” łoży się na ich „leczenie” w klinikach psychiatrycznych. Chrystusowe polecenie: „Idź i nie grzesz więcej” uchodzi dziś za zbytnie uproszczenie.
Ciekawe, że poczynając od początku lat pięćdziesiątych wzrost epidemii zbrodni, buntu i niemoralności pokrywa się ze wzrostem wpływów psychologii i jest w obu przypadkach coraz szybszy. W latach 1980-1987 o 43% wzrosła liczba Amerykanów w wieku 10-19 lat leczonych w szpitalach psychiatrycznych, podczas gdy tylko w latach 1983-1988 liczba kozetek psychiatrycznych przypadająca na 100 000 Amerykanów podwoiła się! Jaka gałąź gospodarki może się poszczycić takim wzrostem! Jakże trafnie nazwano psychologię jedyną dziedziną, która „sama tworzy choroby, jakie podejmuje się leczyć”.
Niezbędną stanowczość w wychowaniu dzieci, zalecaną w Biblii (Prz 13,24; 22,15; Hbr 12,6 itd.), nazywa się dziś „łamaniem praw dziecka”, i niejednym wierzącym rodzicom, którzy z miłości do swych pociech „karcili je zawczasu”, agendy rządowe odebrały dzieci! Niegdysiejszy leniuch, obibok, uparciuch czy krnąbrne dziecko są dziś diagnozowani jako ofiary tego czy innego „syndromu”. W latach 1977-1992 potroiła się liczba dzieci mających oficjalnie „trudności z nauką”! Dzieciom „trudnym” przepisuje się ritalin, bo terapeuta zwykle zdoła przekonać rodziców i je same o ich nienormalności, znacząc ich piętnem (i oferując wymówkę), które być może pozostanie z nimi do końca życia. Mimo że ritalin rodzi uzależnienie, mimo że jego skuteczność poddaje się w wątpliwość i że udokumentowano już liczne akty przemocy i samobójstwa będące owocem odstawienia tego środka, ritalin przyjmuje obecnie milion amerykańskich dzieci! Pomyśleć, że tak długo funkcjonowaliśmy bez niego!
Wymyślanie coraz to nowych „schorzeń umysłowych” powiększa władzę psychiatrów i psychologów nad społeczeństwem. Miliony Amerykanów cierpią dziś na „choroby”, o których parę lat temu nikt nie słyszał, zdefiniowane w „Podręczniku diagnostycznym i statystycznym zaburzeń umysłowych” (Diagnostic and Statistical Manual for Mental Disorders; DSM) Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Gdy w 1952 roku podręcznik wydano po raz pierwszy, zawierał on nazwy 112 zaburzeń umysłowych (w porównaniu z kilkoma, znanymi sto lat wcześniej). W roku 1968 DSM zawierał 163 pozycje, w 1980 - 224 pozycje. W DSM-IV z 1994 roku lista obejmuje już 374 schorzenia! Skąd się bierze ta straszliwa epidemia chorób psychicznych? A może dajemy robić z siebie głupców?!
Redaktor naczelny jednego dziennika napisał z sarkazmem:

Twoja dziesięciolatka bez zapału zabiera się za lekcje z matmy? Zabierz ją co prędzej na najbliższą kozetkę, bo cierpi na nr 315.4: „rozwojowe zaburzenie arytmetyczne”. A może jako nastolatek pyskujesz rodzicom? O-o! Nie zwlekaj, od razu idź po receptę. Cierpisz na nr 313.8: „zaburzenie sprzeciwowo-buntownicze”. [...] Niczego nie zmyślam. (Bo to by oznaczało, że cierpię na „syndrom zaburzenia zmyśleniowego”)...
Wiem, że są wśród was tacy cynicy, którzy [...] nie dadzą się złapać na kozetkę. [...] Otóż wasza niechęć do zwracania się po profesjonalną pomoc jest sama w sobie symptomem poważnego problemu umysłowego. Znajdziemy go w księdze czarno na białym: 15.81 - „zaburzenie niegodzenia się na terapię”.9

Nowo zdefiniowane „niezdolności” rodzą całe mnóstwo nowych „praw”. George Will podpowiada: „W pracy masz prawo być kolosalnie bezczelnym idiotą. Jeżeli jesteś tylko trochę przykry dla otoczenia, to z prawa skorzystać nie możesz. Ale jeśli w pracy naprawdę nie sposób z tobą wytrzymać, to masz prawo, aby cię nie zwalniano, i wolno ci żądać od pracodawcy, aby poczynił stosowne udogodnienia z myślą o twej »niezdolności«”. Krótko mówiąc, Ustawa o Amerykanach z inwalidztwem z 1990 roku wprost zachęca do nieodpowiedzialnych, bezczelnych zachowań. A podparta jest autorytetem 900-stronicowej głupoty pod nazwą DSM-IV.
George Will pisze dalej:

Popatrzmy na podaną w DSM definicję „zaburzenia sprzeciwowo-buntowniczego”. Ma to być wzorzec „negatywistycznego, buntowniczego, nieposłusznego i wrogiego zachowania względem autorytetów [...] często traci panowanie nad sobą [...] obraża się [...] jest złośliwy, mściwy”.
Na liście „zaburzeń osobowości” w DSM znajdujemy „zaburzenie antyspołeczne” („uporczywy wzorzec lekceważenia [...] praw innych”), „zaburzenie histrioniczne” („nadmierna emocjonalność i dążenie do kierowania uwagi ku sobie [...] [jest] w sposób niewłaściwy seksualnie prowokacyjny, uwodzicielski”), „zaburzenie narcystyczne” („pretensjonalność, potrzeba podziwu [...] pyszałkowatość [...] może uważać, iż nie musi stać w kolejce”) itd. itp.10

Samolubne i grzeszne zachowania nie są już złem, ale oznaką, iż jestem kimś „szczególnym”, a nawet że przysługują mi specjalne prawa, które nie przysługują innym! Tak wielu chrześcijan idących na czele krucjat przeciw niemoralności w społeczeństwie wierzy w „chrześcijańską” psychologię, że nie będą oni grzmieć na alarm, iż to ona przyczyniła się do takiego stanu.
Ewangelia to moc Boża ku zbawieniu, nie tylko od kary za grzech, ale i od mocy grzechu w naszym życiu. Kościół przestał ufać, że Bóg i Jego Słowo mogą zaspokoić wszelką naszą potrzebę. Zmieniono definicję nie tylko „chrześcijańskiego posłannictwa”, ale i samego chrześcijaństwa. Powróćmy do Pana i Jego Słowa, posłuszni Jego Posłannictwu!

The Berean Call sierpień 1996.
(za uprzejmą zgodą Wydawców.
Śródtytuły pochodzą od redakcji).

 

Przypisy
1 The Jewish Press 21 VI 1996, s. 83.
2 Carl H. Claudy i inne autorytatywne źródła w tej dziedzinie; np. Little Masonic Library, Macoy Publishing and Masonic Supply, 1977, vol. 4, s. 32.
3 Albert Pike, Morals and Dogma of the Ancient and Accepted Scottish Rite of Freemasonry, The Supreme Council of the 33rd Degree for the Southern Jurisdiction of the United States, 1906, s. 226.
4 Richardson's Monitor of Freemasonry, s. 161.
5 Scottish Rite of Freemasonry, okładka; s. 9.
6 Christianity Today 18 VII 1994, s. 17.
7 Christianity Today 12 XII 1994, s. 36.
8 New Oxford Review VI 1996, s. 17.
9 Mark Syverud w Daily Messenger 13 VIII 1995.
10 The Bulletin 4 IV 1996, Bend, OR, s. A-8.