... Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej,

i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego.

Łuk. 10:27

Czemu chrześcijanie dobijają swe Biblie?

          
Mówiąc o Biblii, często używamy słów: „nieomylna”, „niezawodna”, „os­tateczny autorytet”. Mówimy też, że jej poselstwo jest wystar­cza­jące. Słowa miewają wiele znaczeń, je­dnakże słowo „wystarczająca”, od­powiednio użyte, kiedy mowa o Bi­blii, jest probierzem właściwego ro­zumienia Słowa Bożego i oso­bi­s­te­go uznania prawdziwości jego na­u­ki na temat człowieka i możliwości je­go zmiany.
Nazywając Biblię Słowem Bożym ma­my na myśli nie tylko słowa wy­dru­kowane na papierze, ale i obe­c­ność samego Boga w Jego Słowie oraz towarzyszące jej działanie Du­cha Świętego, który pozwala czło­wie­kowi zastosować Słowo w życiu.

O wystarczalności Słowa Bożego świa­dczy cała Biblia, w tym miejscu je­dnakże zacytujemy tylko dwa zna­ne fragmenty. Pierwszy z nich jasno uka­zuje, że według zamysłu Bożego Sło­wo Boże ma być wystarczającą wy­rocznią w sprawach życia i po­stę­powania, drugi zaś fragment mó­wi o bezpośrednim angażowaniu się Bo­ga w Jego Słowo i działanie po­przez to Słowo.

Łaska i pokój niech się wam roz­mno­żą przez poznanie Boga i Pana na­szego, Jezusa Chrystusa. Boska Je­go moc obdarowała nas wszy­st­kim,  co jest potrzebne do życia i pobożności, przez po­zna­nie Tego, który nas powołał przez własną chwałę i cnotę, przez które darowane nam zostały drogie i największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami bos­kiej natury, uniknąwszy ska­że­nia, jakie na tym świecie pociąga za sobą pożądliwość [2 P 1,2-4].
Bo Słowo Boże  jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wsze­lki miecz obosieczny, prze­ni­ka­jące aż do rozdzielenia duszy i du­cha, stawów i szpiku, zdolne osą­dzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie,  wszy­stko jest obnażone i od­słonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę [Hbr 4,12-13].

Zważywszy na głębię i wspa­nia­łość Słowa Bożego i na posługiwanie się nim przez Boga, który zna „myśli i za­mia­ry serca”, można się za­sta­na­wiać, dlaczego tylu zdeklarowanych chrze­ścijan na oślep gna za mąd­ro­ś­cią ludzką. Zadając sobie poniższe py­tanie, na pewno będziemy w sta­nie określić, jak wielka jest nasza uf­ność względem Słowa Bożego w od­ró­żnieniu od mądrości ludzkiej: „Czy Słowo Boże wystarczy, aby ra­dzić sobie z tymi samymi prob­le­ma­mi życiowymi, z którymi wierzący uda­ją się do psychoterapeutów?”.
Odpowiedź na to pytanie naj­czę­ś­ciej pozwala odróżnić tych, którzy na­prawdę wierzą w Słowo Boże i ufa­ją mu, od tych, którzy pokładają uf­ność w mądrości ludzkiej, przed któ­rą właśnie Pismo ostrzega. Pro­pa­ga­torzy psychoterapii i stanowiących jej fu­n­dament nurtów psychologii czę­sto jednak usiłują zatrzeć to ja­sne rozróżnienie, napomykając o rze­komych błędach logicznych.
Jednym z przykładów takiego za­cierania jest artykuł psychiatry Dwi­ghta L. Carlsona zatytułowany „Oba­lenie mitu, że chrześcijanie nie po­winni mieć problemów emo­c­jo­nal­nych” (Christianity Today 9 II 1998). Drukowaliśmy już doskonałą re­plikę Louisa Whallona na ten te­mat („Obalanie mitu”, Tymoteusz V 1998). W tym miejscu odniesiemy się więc tylko do jednego problemu związanego z postawą Carlsona - do błędu w myśleniu.
W swoim artykule Carlson oparł się na szeregu błędów logicznych. Je­śli pisząc ów artykuł chciał do­wieść swej biegłości w popełnia­niu błędów lo­gicznych, to mu się to udało. Pisze na przykład: „Wiem, że nie brzmi to zgodnie z Biblią, kiedy powiemy, iż nie­którzy potrzebują wię­cej, niż ko­ś­ciół może za­ofe­ro­wać. Jeśli jednak mój samochód po­trze­buje wymiany skrzyni biegów, nie oczekuję prze­cież, że wymieni ją kościół. Jeśli zła­mię nogę, czy idę na konsultacje do pa­stora? Nie wia­do­mo dlaczego, je­ś­li idzie o po­trze­by emocjonalne, ocze­kujemy, że ko­ściół powinien je wszy­stkie za­spo­kajać”.

„Czy Słowo Boże wystarczy, aby radzić sobie z tymi samymi problema­mi życiowymi, z którymi wierzący uda­ją się do psychoterapeutów?”. Odpowiedź na to pytanie najczęściej pozwala odróżnić tych, którzy na­prawdę wierzą w Słowo Boże i ufa­ją mu, od tych, którzy pokładają uf­ność w mądrości ludzkiej...

Carlson stawia na jednym po­zio­mie wymianę skrzy­ni biegów i zła­ma­ną nogę z „potrzebami emo­cjo­nal­nymi”. Mie­szanie spraw na­ma­cal­nych i nie­namacalnych, fizy­cz­nych i umy­sło­wych jest w jego ar­ty­ku­le wszech­obe­cne. Sta­wia­nie na je­dnym po­zio­mie sfery fizycznej (skrzy­nia bie­gów, noga) i umysłowej (uczucia) to ta­ki sam błąd logiczny, ja­ki w prze­szło­ści popełniało wielu psy­chia­t­rów, określając problemy ży­ciowe mia­nem „chorób”. Na szczę­ście wie­lu psychiatrów odże­g­na­ło się od te­go błędu, choć nie­któ­rzy - jak Carl­son - wciąż ów mit pro­pagują. Błąd tkwiący w myleniu umy­słu z cia­łem otwiera drzwi dla sto­so­wa­nia modelu medycznego w sfe­rze umy­słowej.
Ludzie często uciekają się do te­go, co nazywamy modelem medy­cz­nym, w próbie uzasadnienia sto­so­wania psychoterapii. Użycie tego mo­delu pozwala traktować „cho­robę umysłową” w sposób ana­lo­giczny do „choroby medycznej”. Bo przecież - w powszechnym ro­zu­mieniu - oba te zjawiska nazy­wa­ją się chorobami.
W modelu medycznym symp­to­my fizyczne są spowodowane ja­kimś czynnikiem chorobotwórczym. Na przykład gorączkę może spo­wo­do­wać wirus, jeśli usunie się czyn­nik patogenny, usunie się też ob­ja­wy. W przypadku złamanej nogi wy­starczy ją ustawić zgodnie z opra­cowanymi technikami, a noga się zrośnie. Mamy zaufanie do tego mo­delu, gdyż przynosi dobre re­zul­ta­ty w leczeniu dolegliwości fizy­cz­nych. Przenosząc bez mrugnięcia okiem model ze świata medycyny do świata psychoterapii, wielu uwa­ża, że problemy umysłowe trzeba tra­ktować tak samo jak fizyczne.
Medycyna zajmuje się fizy­cz­ny­mi, biologicznymi aspektami osoby, psy­choterapia natomiast spo­łe­cz­ny­mi, umysłowymi i uczuciowymi. Pod­czas gdy lekarze medycyny sta­ra­ją się uleczyć ciało, psy­cho­te­ra­peu­ci usiłują uleczyć cierpienie emo­cjonalne, umysłowe, a nawet du­chowe oraz ustanowić nowy mo­del zachowań społecznych. Pomimo tak ewidentnych różnic Carlson, usi­łując uzasadnić działalność psy­cho­terapeuty, po­słu­guje się modelem medycznym.
Ludziom wydaje się, że jeśli mo­ż­na mieć chore ciało, to można mieć i chory umysł. Czy jednak umysł jest częścią ciała? Czy można sta­wiać go na tej samej płasz­czy­ź­nie? F. Chu i S. Trotter, autorzy ksią­ż­ki The Mad­ness Establishment (Es­ta­b­lish­ment obłędu, 1974), piszą: „W odró­ż­nieniu od wielu chorób me­dycz­nych, posiadających na­u­ko­wo spra­w­dzalną etiologię i okre­ś­lo­ne me­to­dy leczenia, większość cho­rób psy­chi­cznych nie posiada ani nauko­wo określonych przyczyn, ani spo­so­bów osiągnięcia wypróbowanej sku­teczności” (s. 4).

Psychoterapia zajmuje się myślami, uczuciami i zachowaniem, jednakże wbrew pozorom nie mózgiem jako takim. W psychoterapii choroba umysłowa nie oznacza wcale choroby mózgu. Gdyby wchodziła w grę choroba mózgu, pacjent przeszedłby pod opiekę placówki „medycznej”, a nie „zdrowia psychicznego”...


Psychoterapia zajmuje się my­ś­la­mi, uczuciami i zachowaniem, jed­nak­że wbrew pozorom nie mózgiem ja­ko takim. Nie zajmuje się ona biolo­gią mózgu, lecz aktywnością umy­s­łu i społecznymi zachowaniami da­nej osoby.
W medycynie wiadomo, co rozu­mie­my przez chore ciało - czy je­d­nak sytuacja jest analogiczna w psy­cho­terapii? Oczywistym jest, że w psy­choterapii choroba umy­sło­wa nie ozna­cza wcale choroby mó­z­gu. Gdy­by wchodziła w grę cho­ro­ba mó­zgu, pacjent przeszedłby pod opie­kę placówki „medycznej”, a nie „zdrowia psychicznego”. Psychiatra Tho­mas Szasz trafnie pisze o „psy­chia­trze-samozwańcu”, który „po­dzie­la powszechne, typowe dla na­szej kultury pragnienie, aby po­mie­szać mózg z umysłem, nerwy z ne­r­wo­wością” (Szasz, The Myth of Psy­cho­theraphy, 1978, s. 7). Aby doce­nić wagę te­go rozróżnienia, trzeba je wpierw zrozumieć.
Psychiatra E. Fuller Torrey wska­zu­je, że choroby to coś, co ludzie ma­ją, podczas gdy zachowanie to coś, co ludzie robią. Wrzucanie do jednego worka ciała i umysłu wy­nika albo z obrania ate­isty­cz­ne­go, mechanistycznego mo­delu czło­wie­ka, albo też z gi­ga­ntycznego błę­du logicznego. Za­sto­sowanie mo­de­lu medycznego do umy­słu, jak to czy­ni Carlson, sta­wia­jąc obok zła­ma­nej nogi „potrzeby emo­c­jo­nal­ne”, rodzi pomieszanie, z którego pły­ną wszelkiego typu pro­b­le­my lo­gi­czne. Torrey pisze: „Mo­del me­dy­cz­ny ludzkiego za­cho­wa­nia, do­pro­wa­dzony do logi­cz­nych kon­k­luzji, jest równie bez­se­n­sowny jak bez­u­ży­teczny. Nie od­po­wiada on na py­ta­nia, które mu za­da­jemy, nie od­da­je pożytecznych usług i prowadzi do ca­łej rzeki ab­su­r­dów godnych rzym­skiego cyrku” (Death of Psy­chia­try, 1974, s. 24).
Dr Ronald Leifer w książce In the Name of Mental Health (W imię zdro­wia umysłowego) pisze:

Jeśli założyć, że w [...] me­dy­cy­nie określenie „choroba” odnosi się do cia­ła, to modyfikowanie go za po­mo­cą słowa „umysłowa” jest w naj­gor­szym razie pomieszaniem po­zio­mów lo­gicznych, zwanym błędem ka­tegorii, w najlepszym zaś ra­dy­kal­ną rede­fi­ni­cją słowa „choroba”. Błąd kategorii to błąd w za­sto­so­wa­niu języka, który z ko­lei rodzi błędy w myśleniu [...] Czym­kolwiek by był umysł, nie jest on rzeczą jak mię­śnie, kości czy krew [In the Name of Mental Health, 1969, s. 36-37].

Zastosowanie modelu medycznego do umysłu, jak to czyni Carlson, stawiając obok złamanej nogi „potrzeby emocjonalne”, rodzi zamieszanie, z którego płyną wszelkiego typu problemy logiczne...


Leifer przedstawia argumenty na rzecz modelu medycznego, a na­stęp­nie ich wady. Kończy słowami:

Główne zalety tego stanowiska nie mają zatem ani charakteru nau­ko­wego, ani intelektualnego. Mają cha­rakter społeczny. Rodzą wśród niezorientowanej opi­nii społecznej uprze­dze­nia, że praktyka psy­chia­tryczna przypomina bardziej le­cze­nie medyczne niż kontrolę spo­łecz­ną, socjalizację, edukację czy re­li­gi­jne podnoszenie na du­chu. Skła­niają ludzi do myślenia, że psy­chia­tra, podobnie jak inni le­ka­rze, za­wsze służy człowiekowi w je­go dą­że­niu do życia, zdrowia i szczę­ścia [s. 42].

Carlson najwyraźniej nie wierzy w to, że Słowo Boże wsparte mocą Ducha Świętego, wystarczy, aby po­ra­dzić sobie z problemami ży­cio­wy­mi. W przeciwnym wypadku nie po­pie­rałby tak gromko stosowania psy­cho­terapii i stojącej za nią psy­cho­lo­gii. On i jemu podobni, żywiący tak nie­wielką ufność wobec Pisma, mu­szą nam wyjaśnić (i to nie przy uży­ciu błędów logicznych), dlaczego chrze­ścijanie, aby uporać się z pro­b­lemami życiowymi, potrzebują dwu­dziestowiecznych opinii ludz­kich, a nie Słowa Bożego. Carlson na­pisał książkę pod tytułem Why Do Christians Shoot Their Wounded? (Cze­mu chrześcijanie dobijają swo­ich rannych?). Należałoby jednak za­dać mu istotniejsze pytanie: Dla­cze­go chrześcijanie dobijają swoje Bi­blie?    


PsychoHeresy Awareness Letter
lipiec/sierpień 1999


PsychoHeresy Awareness Ministries
4137 Primavera Road
Santa Barbara, CA 93110 USA
www.psychoheresy-aware.org

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl