... Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej,

i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego.

Łuk. 10:27

Kult własnego ja- korzenie i owoc cz.1

„Gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi swemu, który był z nią, i on też jadł (1 Mojż 3,6; BB).
Zakaz dodawania do Słowa Bożego i odejmowania od niego widać wyraźnie w treści Pisma Świętego, nieraz wyrażony wprost, jak choćby w napomnieniu Salomona: „Każde słowo PANA jest prawdziwe [...] Nie dodawaj nic do Jego słów, aby cię nie zganił i nie uznał za kłamcę” (Prz 30,5-6). Nie potrzeba więcej powodów, by odrzucić twierdzenie, jakoby psychologia zawierała części „prawdy Bożej”, niezbędnej do uaktualnienia Słowa Bożego. Biblię kończy obietnica Chrystusa, iż przyjdzie On wkrótce, poprzedzona jasną i otrzeźwiającą przestrogą:
Jeżeli ktoś dołoży coś do nich [tych słów], dołoży mu Bóg plag opisanych w tej księdze; a jeżeli ktoś ujmie coś ze słów tej księgi proroctwa, ujmie Bóg z działu jego z drzewa żywota i ze świętego miasta, opisanych w tej księdze (Obj 22,18-19).


Pradawne korzenie fałszywej religii i kultu własnego ja

Niestety, skłonność do lekceważenia jasnych nakazów Bożych tkwi na dnie każdego ludzkiego serca i stanowi źródło większości ludzkich problemów. Zaczęło się już w ogrodzie Eden: Adam i Ewa jako pierwsi popróbowali dowolności w interpretacji Słowa Bożego. Nie posiadali go co prawda w postaci spisanej, ale za to Bóg przemówił do nich osobiście, w sposób zapewne słyszalny: „usłyszeli szelest Pana Boga [...] Usłyszałem szelest Twój w ogrodzie” (1 Moj 3,8.10; BG, jak to często bywa, bliższa oryginałowi, podaje „głos” zamiast szelest; przyp. red.). Nie wiadomo nam nic na temat przedziwnych objawień, jakich Bóg udzielał pierwszym ludziom, wiemy jednak na pewno, że zabronił im spożywać z jednego konkretnego drzewa w ogrodzie. Uznał przy tym sprawę tę za tak doniosłą, że karą za nieposłuszeństwo miała być śmierć.
„Wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat” (Obj 12,9), nie zasypiał gruszek w popiele: zjawił się w Edenie z czymś, co odtąd służy mu jako najskuteczniejsza wymówka dla nieposłuszeństwa. Tak  z r e i n t e r p r e t o w a ł  słowa Boże, by dopasować je do ludzkich żądz. Podważając Boży zakaz przekręcił jego sens, a widmo kary śmierci zmienił w obietnicę boskości. I skłonił Ewę do uznania tej nowoczesnej, atrakcyjnej interpretacji Słowa Bożego.
Ewa znalazła więc proroka, którego przekręconej, ale atrakcyjnej wersji prawdy nie chciała się oprzeć. Biblia ostrzega, że przyjdą czasy, gdy kościół nawiedzi rzesza nauczycieli, którzy „odwrócą ucho [słuchaczy] od prawdy” (2 Tym 4,4). Ich słuchacze poniosą jednak równą winę, gdyż to oni „nazbierają sobie” takich nauczycieli, wspierając ich i stosując się do ich nauk. Nie można uciec od odpowiedzialności - i Bóg z pewnością uznał Ewę za odpowiedzialną za swój czyn.
Każda sekta rodzi się z podobnej podstępnej manipulacji dokonywanej przez guru lub proroka, twierdzącego, iż posiada nowe lub sobie tylko objawione poznanie  f a k t y c z n e g o  sensu Bożych słów. Najbardziej fałszywi prorocy serwują na rozmaitych tacach to samo kłamstwo, w które uwierzyła Ewa i które każdy pragnie słyszeć: iż możemy uniknąć Bożego wyroku i związanych z tym cierpień, chorób i śmierci. Dzięki wtajemniczeniu w ezoteryczną wiedzę, która otwiera drzwi do boskości, można kierować swoim przeznaczeniem; w taki czy inny sposób można stać się Bogiem.


Złe korzenie kultu własnego ja
Szatan zwiódł Ewę, po raz pierwszy odwołując się do ludzkiego „ja”. „Będziecie jak bogowie” (lub „jak Bóg”, zależnie od tłumaczenia) - tak brzmiała fałszywa obietnica. Coś w sercu Ewy uchwyciło się tych słów. Wtedy to „nastąpiły straszliwe narodziny ja, wonczas ustawiło ono swój tron”1 - pisał William Law. „Tragiczna utrata życia Bożego przez ludzką duszę zrodziła ludzkie ja i szalbierczą pychę”2. Nazywając grzeszne ja „jednym z największych przekleństw w życiu”, Lloyd-Jones orzeka: „Jest ono skutkiem Upadku.”3 Ewa uległa tej samej pokusie, którą wcześniej jej kusiciel zwiódł sam siebie na własną zgubę. O tym pięknym niegdyś, mądrym i dobrym stworzeniu Pismo Święte mówi:
Ty, który byłeś odbiciem, doskonałości, pełnym mądrości i skończonego piękna, byłeś w Edenie, ogrodzie Bożym [...] Obok cheruba, który bronił wstępu, postawiłem cię [...] Nienagannym byłeś w postępowaniu swoim od dnia, gdy zostałeś stworzony, aż dotąd, gdy odkryto u ciebie niegodziwość (Ez 28,12-15).
O, jakże spadłeś z nieba, ty, gwiazdo jasna, synu jutrzenki! [...] to ty mawiałeś w swoim sercu: Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże [...] zrównam się z Najwyższym. A oto strącony jesteś do krainy umarłych, na samo dno przepaści (Iz 14,12-15).
Tak narodziła się pierwsza z „nowych teologii”, matka wszystkich fałszywych nauk, inspirowanych zawsze przez geniusza zła, „boga tego świata” (2 Kor 4,4). Szatańska przechwałka: „Zrównam się z Najwyższym” była odrzuceniem monoteizmu (wiary w jednego Boga) i uznaniem politeizmu (wiary w wielość bóstw). Szatanowi nie można zarzucić ateizmu. On nie przeczył  i s t n i e n i u  Boga, ale podważył Bożą  w y j ą t k o w o ś ć, dając wyraz chorej ambicji, aby stać się  r ó w n y m  Jemu. Nie oskarżajmy Lucyfera o chęć wywyższenia się  p o n a d  Boga - on pragnął tylko samemu stać się bogiem, przedstawicielem „gatunku Bożego”, z wszelką mocą do swojej dyspozycji.
Z upadku Lucyfera wynika niejeden cenny morał. Paradoksalnie, powodem jego zepsucia stały się otrzymane od Boga mądrość i moc: zaczął je uważać za własne, które posiada sam z siebie. Pychę skrytą na dnie serca momentalnie dostrzegł Najwyższy, i w jednej chwili najmądrzejsze, najpiękniejsze i najpotężniejsze ze stworzeń Bożych utraciło swą pozycję w niebiosach, stając się arcywrogiem Boga i uosobieniem zła. Oby było to dla nas przestrogą! Jeśli myślimy, że jesteśmy czymś dobrym sami z siebie lub że sami z siebie coś dobrego posiadamy, stajemy się wspólnikami szatana w jego pysze. Jeśli mądrość Lucyfera została skażona przez pychę z powodu jego własnego piękna („Twoje serce było wyniosłe z powodu twojej piękności” - Ez 28,17), to o ileż łatwiej my, których mądrość jest mniejsza niż wtedy Lucyferowa, możemy ulec skażeniu zachwycając się pięknem - moralnym, fizycznym, umysłowym - w nas samych! To z pewnością nie „negatywny obraz samego siebie” stał się powodem upadku szatana, ale obraz bardzo „pozytywny”. William Law napisał:
Miłość własna, wysokie mniemanie o sobie i szukanie swego stanowią istotę i żywot pychy; diabeł zaś, ojciec pychy, zawsze jest w tych żądzach obecny i zawsze wywiera na nie jakiś wpływ...
Każdy potomek Adama służy samemu sobie, bez względu na poziom wykształcenia czy status społeczny, chyba że pokora, która przychodzi jedynie z nieba, stanie się jego odkupieniem przez zamieszkującego w nim Chrystusa.4


Kosmiczny spisek
Szatan widać dostrzegł w człowieku szansę na kolejną próbę równania się z Bogiem. Na podstawie dysputy między Bogiem a szatanem co do wierności Joba i jej przyczyny spostrzegamy, że ludzkość odgrywa znamienną rolę w tej duchowej wojnie. Szatan najwyraźniej doszedł do wniosku, że obietnicą boskości łatwiej będzie podejść Ewę niż Adama. Oczywiście nie wspomniał jej, że może zostać co najwyżej bogiem fałszywym i że elitarny klub „bogów”, do którego pragnie dołączyć, to istoty demoniczne, które stoją przed perspektywą sądu Najwyższego.
Adam, choć nie dał się zwieść (1 Tym 2,14), dołączył jednak do buntu, być może bojąc się utracić żonę. W hańbie zostali wygnani sprzed oblicza Bożego i z raju, z dala od drzewa życia, którego owoc mógł im niegdyś dać życie wieczne. Bóg nie chciał, aby człowiek wiecznie trwał w tym stanie. Obiecał jednak, iż pewnego dnia „potomstwo kobiety” (Mesjasz narodzony z dziewicy) „zdepcze głowę” węża, zapewniając przebaczenie tym zbuntowanym, którzy zechcą je przyjąć.
Zwięzły scenariusz przyszłych wydarzeń podany na pierwszych kartach Biblii stał się ramą dla wszystkiego, co Biblia ma do powiedzenia, i stanowi fabułę tak niesamowitą, iż nie może się z nią równać najciekawsza powieść, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek. Akcja zapierającego dech dramatu wybiega poza granice ziemi i toczy się przez galaktyki aż do Tronu Bożego, ukazując gigantyczną bitwę o rząd nad wszechświatem. Jeszcze niezwyklejszą czyni ją fakt, że kosmiczna wojna toczy się też w sercu każdego człowieka, decydując o wiecznym losie każdego z nas. Padliśmy ofiarą zdradliwej pychy, która zniszczyła Lucyfera i za pomocą której chciał on pociągnąć za sobą w ogniste jezioro cały wszechświat, pokrzyżować Boże plany i udaremnić Jego miłość. Francis Schaeffer starał się uświadomić wierzącym rzeczywistość tej wojny i zasadniczą rolę, jaką muszą w niej odegrać:
Czy naprawdę wierzymy, że bierzemy udział w tej kosmicznej bitwie? Czy naprawdę wierzymy w istnienie „mocy tego świata ciemności”, władających naszym wiekiem?...
Najważniejsza bitwa to duchowa bitwa na wysokościach niebieskich [...] lecz jest ona zarazem bitwą tutaj, na ziemi [...] w widzialnym świecie, w umysłach mężczyn i kobiet, w każdej dziedzinie ludzkiej kultury...
Lecz jeśli mamy wygrać tę bitwę w teatrze ludzkiej historii, to wymaga to [...] życia oddanego Chrystusowi, opartego na prawdzie, wiedzionego w sprawiedliwości i ugruntowanego w ewangelii.5
Nasza jedyna nadzieja to wytrwanie w zwycięstwie, które na krzyżu zyskał dla nas Chrystus. Walczymy „nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich” (Ef 6,12). Jednak bezwzględnie musimy dostrzec przerażającą prawdę: szatan i jego zastępy mają sprzymierzeńca w naszym własnym sercu, sprzymierzeńca, który wyda nas w ich ręce; chyba że uśmiercimy nasze ja utożsamiając się z Chrystusem w Jego śmierci za nas. Podając sekret zwycięstwa, apostoł Jan napisał:
I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat [...] A oni [święci] zwyciężyli go przez krew Baranka i przez słowo świadectwa swojego, i nie umiłowali życia swojego tak, by raczej je obrać niż śmierć (Obj 12,9.11).


Czym jest ludzkie ja?

„Wszelki kłopot w tym życiu” - - pisał Lloyd-Jones - „sprowadza się ostatecznie do troski o siebie samego”6. Wyrażając odmienny pogląd jeden z najlepiej sprzedających się pisarzy chrześcijańskich wszechczasów od dawna ukazuje chrześcijaństwo jako „przygodę samoodkrycia” pomagającą wierzącym „uświadomić sobie [...] własną dobroć”7. Ta nauka zyskała tak duży posłuch, iż wielu chrześcijan zapomniało, że to ich własne ja jest ich największym nieprzyjacielem. Wpływ psychologii na kościół doprowadził niestety do nadmiernego zajęcia się własnym ja i do jego wywyższenia.
Logika nakazuje zdefiniować ludzkie ja, zanim przejdziemy do rozważań na jego temat. Lecz nie jest to sprawa prosta. Biblia takiej definicji nie podaje, pewien słownik zaś zdobył się na marne: „własna osoba w odróżnieniu od innych”, co niewiele wyjaśnia. Nie mówi nam bowiem nic  n a  t e m a t  naszego ja z wyjątkiem tego, że jest to termin o charakterze wyłącznym: „ja” odnosi się tylko do mojej osoby, z wyłączeniem wszystkich innych. Samolubność polega więc na stawianiu  m oj e g o  ja ponad  t w o j e  ja. Nietrudno spostrzec, że Ewa postawiła  s w o j e  ja ponad Bogiem i Adamem. A jednak taka właśnie postawa, wskutek oddziaływania psychologii humanistycznej, zyskała dziś mocną pozycję nie tylko w kręgach świeckich, ale i w kościele. Pewna osobistość z kręgów chrześcijan ewangelikalnych zwierzyła się:
Mam nadzieję, że moja żona nigdy się ze mną nie rozwiedzie, gdyż kocham ją całym sercem. Gdyby jednak pewnego dnia poczuła, że ograniczam ją bądź przyprawiam ją o kompleksy, bądź w jakikolwiek sposób stoję jej na drodze realizacji tego, czym w zamiarze Bożym powinna się stać, to mam nadzieję, że nie będzie się wahała przed rzuceniem mnie, choćbyśmy mieli już i sto lat.
Jest coś ważniejszego niż pozostawanie ze sobą w małżeństwie, a wiąże się to z uczciwością, osobowością i celem w życiu.8
Taka fałszywa „uczciwość” w imię „wierności samemu sobie” to obraza Boga, Jego Słowa i ślubów małżeńskich. To dobitny wyraz tego samego egocentryzmu, który przejawił się w ogrodzie Eden i uchodził odtąd za korzeń zła - lecz dziś wskutek wpływu psychologii spotyka się z zachwytem, jako odpowiedź na nasze problemy.
Kult własnego ja, lansowany przez Carla Rogersa, przedstawiciela psychologii humanistycznej, wydatnie wpłynął na psychologię chrześcijańską. Wyjaśniając, dlaczego nie obdarzał swej wieloletniej żony troską, której potrzebowała i której miała prawo oczekiwać jako osoba na łożu śmierci, Rogers pisze:
Zdałem sobie sprawę, że abym przetrwał w jakim takim kształcie, niezbędne jest, abym prowadził  m oj e  w ł a s n e  życie, i że to właśnie musi zająć pierwsze miejsce, mimo że Helen jest taka chora.9
To, do czego szatan zdołał skłonić Ewę, było zwykłym poszukiwaniem  s a m o -realizacji. Nęciła Ewę myśl o wybornym smaku w  s w o i c h  ustach, perspektywa zdobycia  d l a  s i e b i e  wielkiej mądrości i chwalebna wizja boskości, która przypadnie  j e j  w udziale. Nie pomyślała o tym, że wyrządza  z ł o.  Jak trafnie zauważył McCandlish Phillips, „jedna ze sztuczek szatana polega na skłanianiu człowieka do nieposłuszeństwa Bogu w zamian za obietnicę, że spotka go za to coś dobrego”10. Ewa poznawała po prostu wielki urok  s z u k a n i a  s w e g o.  Kierowała się  w ł a s n y m  interesem i  w ł a s n y m  zadowoleniem, co wymagało pokaźnej ilości tupetu i pewności siebie, a więc cech wynoszonych dziś wysoko jako niezbędne do „radzenia sobie w życiu” i „wierności samemu sobie”.
Całkowicie pochłonięta perspektywą tego, co  o n a  s a m a  zyska przez zjedzenie cudownego owocu, Ewa odsunęła na bok wszelką troskę o to, co zrobić  p o w i n n a.  Powinności nie poświęciła ani jednej myśli, zapominając o obowiązku, odpowiedzialności moralnej, o poskramianiu pożądliwości, nie dbając więc o nikogo poza sobą. Wzgardziła należną czcią i posłuszeństwem, tak jakby nie była nic dłużna Temu, który stworzył ją i łaskawie umieścił w tak pięknym otoczeniu. Wzgardziła też wiernością i miłością, ufając własnemu samolubnemu pędowi ku temu, co dziś nazywa się samorealizacją lub samoaktualizacją. Rezultat miał być tak  d o b r y,  że żadne środki użyte do jego osiągnięcia nie mogły być złe. Decyzja Ewy, całkowicie egocentryczna, skazała ją na wyrzuty sumienia, boleść i śmierć.
Życie Ewy stało się umieraniem na żywo - stanem dobrze nam znanym z autopsji: przygnębiającą, codziennie powtarzaną próbą przeczenia oczywistej prawdzie, że spełnienia nie znajdę w swoim ja, lecz w Bogu, nie w tym, co  j a  myślę i pragnę, ale w tym, co  O n  w swej miłości i mądrości postanowił. Tragiczne skutki jej wyboru odczuwamy do dziś. Człowiek, z własnej woli odgrodzony od Stwórcy, jest jak ryba wyjęta z wody, dusząca się z braku powietrza, walcząca o życie, skręcona w konwulsjach, umierająca - i desperacko łapiąca się każdej rzekomej deski ratunku, która obiecałaby ujść przed Bożym sądem i posmakować  s a m o z a d o w o l e n i a.


Jak się zaprzeć nienawistnego bożka?

Nie ma potrzeby spekulować na temat smaku i wyglądu kuszącego owocu, który spożyła Ewa; szczegóły nie są tu istotne. Liczy się fakt, że według Ewy owoc dawał szansę pełnej realizacji jej potencjału. Ale zerwanie go było aktem umyślnego nieposłuszeństwa, a nieposłuszeństwo, jak wiadomo, polega na  s a m o w o l i  czynionej w interesie  w ł a s n y m. Szatan skusił więc Ewę do pierwszego w historii człowieka  s a m o l u b n e g o  czynu. Nie będzie też przesady w powiedzeniu, że „ja” to korzeń  g r z e c h u.  J. Gregory Mantle nazywa ludzkie ja „nienawistym bożkiem”, pisząc o ludziach zaabsorbowanych poczuciem własnej wartości i miłością własną i „uwielbiających sprawować kult religijny w świątyni własnego ja”11.
XVII-wieczny kaznodzieja szkocki Samuel Rutherford, znany ze swoich budujących listów, napisał:
Niestety! gdyż bożek ów, wszeteczna ta istota, nasze ja naczelnym jest bożkiem, któremu wszyscy się kłaniamy. Cóż pognało Ewę na łeb, na szyję ku zakazanemu owocowi, jeśli nie to nędzne „ja”? Cóż skłoniło brata-mordercę do zabicia Abla? Nieokiełznane „ja”...
Każdy wini diabła za swe grzechy - lecz tym wielkim diabłem, prywatnym diabłem każdego człowieka, prywatnym diabłem, który karmi się i gnieździ na jego łonie, jest ów bożek, który zabija wszystkich: „ja”.
Ach! błogosławieni, którzy zapierają się siebie, a na miejscu tym sadzają Chrystusa! Jakże słodkie to słowo: „Żyję już nie ja, lecz Chrystus żyje we mnie!”12
Choć zdefiniować ludzkie ja jest równie trudno jak określić duszę, istnienie czy piękno, wyraźnie widać, w jakich okolicznościach objawiło się ono po raz pierwszy, jak to się stało i jaki był tego wiekuisty skutek. Rozumiemy także, że „ja” nie tylko określa daną osobę jako różną od innych ludzi, ale i oddziela człowieka od Boga. Biblijny sens tego słowa oznacza raczej człowieka odciętego od Boga, postępującego i żyjącego w sposób niezależny. Dlatego właśnie z zaparcia się siebie samego uczynił Chrystus warunek zostania Jego uczniem - i dlatego teologia poczucia własnej wartości ma skazę, która ją całkowicie dyskwalifikuje.
Musimy wszakże rozróżnić między humanistycznym samozaparciem a biblijnym zaparciem się siebie. W pierwszym przypadku „ja” nadal zasiada na tronie, lecz odmawia sobie pewnych przyjemności; w drugim - następuje śmierć „ja” poprzez utożsamienie się z Chrystusem w Jego śmierci za nasz grzech. Jeśli „ja” nie zostanie uśmiercone, prędzej czy później się ubóstwi. „Pycha” - pisze Chambers - „to ubóstwienie swego ja”13. Spójrzmy, jaki to kontrast z Chrystusem, Człowiekiem doskonałym, który powiedział:
Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który Mnie posłał (J 4,36).
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, nie może Syn sam od siebie nic czynić, tylko to, co widzi, że Ojciec czyni [...] Nie mogę sam z siebie nic uczynić [...] Zstąpiłem bowiem z nieba, nie aby wypełniać wolę swoją, lecz wolę Tego, który Mnie posłał (J 5,19.30; 6,38).
Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we Mnie, wykonuje dzieła swoje (J 14,10).
Niestety, wskutek wpływu psychologii chrześcijańskiej idea uwielbienia swego ja rozgościła się w kościele stawiając wartości biblijne na głowie. Osobistość z kręgów ewangelikalnych zwierza się, że udział w grupie terapeutycznej pozwolił jej „uporać się” - psychologicznie, nie biblijnie - z od dawna ukrytym gniewem wobec „Boga, kościoła, ojca, jego samego oraz żony”. Żona też poddała się tej procedurze, „nawiązała kontakt z własnym gniewem” i - wyznaje ten ktoś - „był to początek końca naszego małżeństwa”. Rozwiedli się, ale przyjąwszy nowy, egocentryczny światopogląd uznali, iż jest to de facto „zdrowy nowy początek dla każdego [z nich]”14. Bolejąc nad tak niedorzeczną postawą, pewien autor zauważa:
Uderzające jest to, że [człowiek ów] uznał to za zasadę życia chrześcijańskiego.
Opisuje siebie jako swoistego Abrahama, powołanego przez wiarę do opuszczenia bezpiecznej przystani małżeństwa i wyruszenia na duchową pielgrzymkę.
Z pełną świadomością wynosi on wartość nieokreślonego poszukiwania indywidualnej, emocjonalnej autentyczności ponad chrześcijańskie wezwanie do oddania, wierności i wytrwałości w małżeństwie.15
Smutne to, że rosnące rzesze chrześcijan, biorąc psychologię za naukę, uznają poglądy, w których nawet niewierzący dostrzegli niebezpieczne brednie i przed którymi ostrzegają. Książka będąca plonem pięcioletnich badań zespołu naukowców z różnych uczelni przestrzega, że „amerykański »kult indywidualności« rujnuje nasze przywiązanie” do rodziny i przyjaciół oraz wartości moralnych. Badania wykazały, że „Amerykanie uczestniczący w terapii częstokroć »płodzą własne ja«”, co sprawia, że w końcu „poza »chwilowym kaprysem« brak im silniejszego kręgosłupa moralnego, na którym mogliby opierać swe decyzje”. Autorzy piszą następnie:
Zaczynamy kształtować swe wartości na podstawie kaprysów i pożądań, na podstawie tego, co jesteśmy skłonni oddać, aby coś dostać, a czego nie, tworząc światopogląd mający więcej wspólnego z tym, jak jest, niż z tym, jak być powinno...
Pytanie: „Czy to dobre, czy złe?” zostaje wyparte pytaniem: „Czy to mi w tej chwili przyniesie korzyść?”16


Wywyższone ja
Idąc w ślady przodków, dzisiejszy człowiek wciąż snuje potajemne plany odtworzenia Edenu utraconego z winy jego ja. Używa w tym celu prawodawstwa, techniki, psychoterapii (z jej licznym potomstwem homoedukacyjnym) i coraz powszechniejszych praktyk okultystycznych i mistycznych. A jeśli w planach tych coś się psuje (tego uniknąć nie można), odpowiedzialność moralna nie spada na konkretnego człowieka. Wini się „społeczeństwo”, okoliczności, urazy z dzieciństwa. Argumenty te usiłują przeczyć utracie Edenu i grzechowi, który ją spowodował. To szalony pomysł, prowadzący donikąd: uchylać się od winy, przeczyć oczywistym faktom - iż sami zniszczyliśmy swój świat - a jeśli i to nie pomoże, to uznać podsądnego (czyli samego siebie) za „niewinnego z powodu choroby umysłowej”.
Psychiatra Thomas Szasz dokładnie przeanalizował wszystkie relacje i ustalenia związane z masowym morderstwem-samobójstwem w Gujanie i spostrzegł, że politycy, dziennikarze, prawnicy, psychiatrzy i inni eksperci jak jeden mąż uznali Jima Jonesa za chorego umysłowo. Herbert Schlossberg tak wypowiedział się na ten temat:
Nowojorski felietonista James Reston wyraził chyba powszechne przeświadczenie, gdy orzekł, że Jones był człowiekiem bez wątpienia psychicznie chorym. Tymczasem Szasz nie znalazł żadnego dowodu wskazującego na to, że wcześniej ktokolwiek wątpił w poczytalność Jonesa. 2 grudnia 1978 r. w San Francisco miał się odbyć galowy raut na jego cześć, wśród organizatorów było 75 osobistości najwyższych szczebli. Imprezę odwołano dopiero po masakrze.
Interpretacja Szasza wydaje się bardziej sensowna [...]: „Myślę, że to był zły człowiek”...
Znamienne, że tylu ludzi uznało, iż bestialski czyn Jonesa musiał być czynem szaleńca; przestali oni natomiast wierzyć - jeśli kiedykolwiek wierzyli - że nikczemne czyny popełniają nikczemni ludzie.17
David G. Meyers, zresztą profesor psychologii, zwrócił uwagę, że „psychologowie prowadzący prace badawcze niewiele wspominają o złu. W książce Psychological Abstracts słowo zło nie jest nawet uwzględnione w indeksie, a wśród 300 tysięcy cytowanych tytułów z lat 1967- -1978 pojawia się tylko w siedemnastu”18. To jaskrawie nieprawdziwe i nieuczciwe podejście nie pozostało bez wpływu na chrześcijan i sposób głoszenia ewangelii. Ewangelię trzeba dziś „pozytywizować”, bo człowiek jest z natury dobry, musi tylko sobie to uświadomić. Pewien krytyk tej „Nowej Reformacji” napisał, że według Roberta Schullera „nawracamy ludzi, mówiąc im nie o tym, czym naprawdę są (grzesznikami), lecz »mówiąc im, że  j u ż  s ą  tym, czym my chcielibyśmy, aby się stali«”.19 Jeden z najpopularniejszych przywódców chrześcijańskich atakuje to, co nazywa „głównym defektem znacznej części dzisiejszego chrześcijaństwa”:
Jaki jest ten podstawowy defekt? Uważam, że jest nim brak głoszenia ewangelii w taki sposób, który zaspokajałby najgłębszą potrzebę każdego człowieka - nasz duchowy głód chwały. Miast wywyższać najwspanialsze stworzenie Boże - człowieka - chrześcijańskie liturgie, pieśni, modlitwy i interpretacje biblijne częstokroć brutalnie i destrukcyjnie urażają godność człowieka...20
Można tylko zapytać, dla jakiego „Chrystusa” pozyskuje ludzi ta nowa ewangelia, skoro miast głosić im, iż „Chrystus Jezus przyszedł na świat, aby zbawić  g r z e s z n i k ó w”  (1 Tym 1,15), stawia sobie za cel ochronę ich  g o d n o ś c i.  Jakże inne podejście zawarł w książce Alarm To The Unconverted (Alarm dla nienawróconych) Joseph Alleine. Jego skuteczność w pozyskiwaniu dusz zdumiewała nawet współczesnych mu purytan, którzy przecież sami kroczyli w pierwszym szeregu. Posłuchajmy żarliwego wezwania Alleine'a, który zmarł w 1662 r. w wieku 34 lat, dwukrotnie więziony za wiarę:
Nie będę nęcił nikogo retoryką; nie zapuszczam sieci, by łowić wasz podziw, lecz wasze dusze. W mej pracy nie chodzi o to, bym się wam spodobał, lecz abym was zbawił...
Gdybym chciał łechtać wam uszy, zaśpiewałbym jeszcze jedną pieśń [...] Lecz o ileż lepsze są razy zadane przez przyjaciela niż słodkie słowa nierządnicy...
Wiem, że jeśli nam się z wami nie powiodło, jesteście zgubieni; jeśli nie potrafimy was skłonić do powstania i odejścia [od świata], przepadniecie na wieki. Bez nawrócenia - nie ma zbawienia!21
Człowiek, uczyniony na obraz Boży, mimo wszelkich wysiłków nigdy nie będzie szczęśliwy, jeśli nie stanie się świętym w Chrystusie. Chrześcijaństwo i dzisiejsze próżne rozwiązania psychologiczne są jak ogień i woda. Przynosimy wstyd Panu i zwodzimy niewierzących, jeśli zniżamy ewangelię do poziomu dogodnego dla bezbożnych gustów.

Wyjątek z książki Beyond Seduction Dave'a Hunta.
(Copyright 1987 by Dave Hunt. Published by Harvest House Publishers, Eugene, Oregon USA.
Used by permission).


1 William Law, The Power of the Spirit, red. D. Hunt, Christian Literature Crusade, 1971, s. 143.
2 Ibid., s. 148.
3 "The Wisdom of Martyn Lloyd-Jones", wybrał Dick Alderson, The Banner of Truth sierpień/wrzesień 1986, s. 10.
4 Law, op. cit., s. 141-142.
5 Francis A. Schaeffer, The Great Evangelical Disaster, Crossway Books, 1984, s. 24-25.
6 "The Wisdom...", s. 11.
7 Peale w: Norman Vincent Peale i Smiley Blanton, Faith is the Answer, Fawcett Crest, 1950, s. 47.
8 Bruce Larson, The Relational Revolution, cyt. w: Pastoral Renewal list. 1979, s. 37.
9 Carl Rogers, A Way of Being, Houghton, Mifflin, 1980, s. 81.
10 McCandlish Phillips, The Bible, the Supernatural and the Jews, Bethany, 1970, s. 93.
11 J. Gregory Mantle, Beyond Humiliation, Bethany, 1975, s. 46-47.
12 The Letters of Samuel Rutherford, Moody Press, 1951, s. 277.
13 Oswald Chambers, My Utmost for His Highest, Dodd & Co., 1935, s. 164.
14 K.F.P., "Feelings as Guide, Goal, and Ground of Being", Pastoral Renewal listopad 1979, s. 37.
15 Ibid.
16 Frederick Brewster, recenzja książki The Habits of the Heart (University of California Press), Common Boundary marzec/kwiecień 1986, s. 4.
17 Herbert Schlossberg, Idols for Destruction, Thomas Nelson, 1983, s. 265-266.
18 David G. Meyers, The Inflated Self, Seabury Press, 1981, s. xiii.
19 Richard P. Belcher, The Impossibility Thinking of Robert Schuller, Richbarry Press, 1983, s. 11, 14.
20 Robert Schuller, Self-Esteem: The New Reformation, Word, 1982, s. 31.
21 Joseph Alleine, An Alarm to the Unconverted, Banner of Truth, London 1964, s. 16-17 (reprint wydania z 1671 r.).

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl