... Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej,

i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego.

Łuk. 10:27

O psychoduchowości

Świat, w którym żyjemy, nie jest „rajem na ziemi”, czego dowodzi obfitość problemów, które uporczywie dręczą i wierzących, i niewierzących. Lecz Jezus powiedział, że przyszedł, abyśmy mieli życie, i to w obfitości (J 10,10). W Jego słowach słyszymy gotowość pomocy tym, którzy oddali Mu swoje życie. Propozycja ta jest nie tylko przecudowna (bo przecież jest On wszechmocnym Bogiem!); ale też jest de facto jedynym dostępnym źródłem  p r a w d z i w e j  pomocy. Tylko sam Bóg zna każdą myśl i każdy czyn, każdą zmienną naszego życia i dobre bądź złe skutki ich wzajemnych oddziaływań. Duch Chrystusowy jest naszym osobistym doradcą; a Słowo Boże jest naszym jedynym prawdziwym podręcznikiem poradnictwa, zawiera bowiem Bożą mądrość, Boże napomnienia, Boże miłosierdzie i Jego leczniczy balsam na każdą udrękę naszego serca i duszy.


Biblia i „źródła niezależne”
Pomimo tego przerażająco duża rzesza tych, którzy do Boga należą, poszukuje opinii z „niezależnego źródła”.
Ta złowróżbna skłonność dzisiejszych chrześcijan podważa i tak kruche już zaufanie wobec Słowa Bożego. Jest ona szczególnie niebezpieczna, gdyż w znacznej swojej części ma biblijne pozory, a wśród jej propagatorów szczególnie wielu jest wpływowych przywódców świata chrześcijańskiego. Tendencja ta polega na próbach podchodzenia do życia, rozwiązywania problemów, maksymalizowania korzyści, a nawet pogłębiania więzi z Panem za pomocą psychoduchowych idei, technik i metod.
Przymiotnika „psychoduchowy” Czytelnik nie znajdzie zapewne w słowniku, podajemy więc naszą definicję w prostych słowach: Chodzi o dodawanie psychologii do spraw duchowych. Polega to na stosowaniu jednej lub więcej spośród następujących innowacji:
•UZUPEŁNIANIE duchowej treści naukami psychologicznymi;
•INTERPRETOWANIE lub tłumaczenie spraw duchowych za pomocą idei psychologicznych;
•UZASADNIANIE prawd duchowych poprzez rzekomą naukę - psychologię;
•INTEGROWANIE spraw duchowych i psychologii.
Określenie to nadaje się oczywiście [nie tylko do „psychologizowania” wiary, ale] także do przypadków „uduchawiania” psychologii. Na przykład najnowszy kierunek psychologii: psychologia transpersonalna posługuje się słownictwem i koncepcjami o jaskrawo religijnym charakterze, czego przykładem jest choćby ten cytat z biuletynu amerykańskiego Towarzystwa Psychologii Humanistycznej (AHP): „AHP zawsze leżały na sercu sprawy duchowe [...] Doprowadziliśmy do powrotu wymiaru ducha do terapii.”
Odrzucamy każdą psychologię, która jasno bądź w sposób ukryty rości sobie prawo do:
(a) posiadania naukowego wyjaśnienia wewnętrznych (tj. umysłowych, emocjonalnych i moralnych) funkcji człowieka,
(b) posiadania obiektywnego poznania natury człowieka
i/lub (c) posiadania leku na problemy ludzkiej duszy.
Dostrzegamy istnienie kierunków kwalifikujących się do dziedziny psychologii, lecz nie podlegających pod powyższy opis. Te kilka cennych wyjątków w multimiliardowym interesie psychoterapeutycznym i od niego pochodnych trudno jednak uznać za pełne zadośćuczynienie.
Chrześcijańskie poradnictwo psychologiczne to religijny wilk w pseudonaukowej skórze. Jak stwierdzili (i starannie udokumentowali) w swych licznych książkach Martin i Deidre Bobganowie, „psychologiczne wyjaśnienia zjawisk życiowych i psychologiczne rozwiązania problemów życiowych są w najlepszym razie wątpliwe, w najgorszym - śmiertelnie szkodliwe, a tak czy inaczej - to duchowe fałszerstwa”. Istota podejścia psychoduchowego jest wyjątkowo zwodnicza.
Prawdziwa duchowość nie ma nic wspólnego z psychologią (1 Kor 2,11), quasi-nauką opartą w przeważającej mierze na ludzkich racjonalizacjach (mówiąc wprost - samoogłupianiu się). Prawdziwa duchowość nie jest czymś, do czego może cokolwiek  d o d a ć  mądrość ludzka (1 Kor 1,20); nie może też człowiek  u z a s a d n i ć  nauki Pism. Prawdziwa duchowość człowieka wierzącego może być tylko owocem naszej uległości i posłuszeństwa wobec Słowa Bożego - dzięki łasce Bożej (J 14,15). Pomysł, że człowiek mógłby dodać cokolwiek do drogi Bożej, to tragiczna naiwność. Któż zresztą śmiałby to robić? Pytanie to wydaje się retoryczne - a mimo tego omam psychoduchowy zatacza coraz szersze kręgi.


Męskość a wiara
W lecie 1993 roku w Kolorado zgromadziło się ponad 50 tysięcy mężczyzn na Konferencję Wierzących Mężczyzn - Dotrzymujących Słowa (Promise Keepers). Trener futbolu z Kolorado Bill McCartney, założyciel tej organizacji, w przemówieniu inauguracyjnym oznajmił: „Sprzeciwimy się wszystkiemu, co wynosi się przeciwko imieniu Jezusa Chrystusa.” Trener najwyraźniej nie wyszkolił się jeszcze w psychoduchowości. Dwoma głównymi prelegentami konferencji byli: psycholog James Dobson i popularyzator psychologii Gary Smalley. Większą jeszcze troskę niż konferencyjne wykłady wzbudza fakt, że każdy uczestnik konferencji otrzymał na pamiątkę egzemplarz książki autorstwa Roberta Hicksa (z przedmową psychologa Johna Trenta) zatytułowanej The Masculine Journey: Understanding the Six Stages of Manhood (Wędrówka mężczyzny. Zrozumienie sześciu etapów rozwoju męskości).
Książka, napisana po to, aby „dostarczyć ukierunkowania dla życia mężczyzny, aby nie zgubił się on po drodze”, to w przeważającej mierze mocno spsychologizowane rozważania na temat sześciu słów hebrajskich. Każdy rozdział zawiera subiektywne przemyślenia na temat męskości wyrażone w cytatach całej rzeszy niewierzących autorów, głównie psychologów, wśród nich Carla Junga, Leanne Payne (terapeutki wewnętrznego uzdrowienia), Elizabeth Kübler-Ross (psychiatry o ukierunkowaniu transpersonalnym i spirytystki) oraz Sama Keena, byłego teologa, obecnie zamieszkałego w Esalen* (książki Keena słyną z bardzo napastliwych wypowiedzi o biblijnym chrześcijaństwie).
Autor The Masculine Journey, który jest zresztą pastorem i wykładowcą duszpasterstwa w seminarium, demonstruje swoją pracą przewrotny owoc podejścia psychoduchowego. Przyjrzyjmy się jedynie kilku cytatom z książki (są to słowa zarówno samego Hicksa, jak i innych), poświęconym dwóm spośród rzekomych sześciu etapów dojrzewania mężczyzny.
Etap  f a l l i c z n y:  „Posiadanie prącia obarcza mężczyznę jedynymi w swym rodzaju wymaganiami przed Bogiem we względzie oddawania Mu czci. Jesteśmy powołani do oddawania Bogu czci jako faceci falliczni, a nie jak androginiczni, neutralni bezpłciowcy lub sfeminizowani osobnicy płci męskiej, jak to ma miejsce w wielu kościołach, które uległy wpływom feminizmu.” „Wierzę, że Jezus był mężczyną fallicznym, ze wszystkimi fallicznymi namiętnościami, jakich jako mężczyźni doświadczamy.” Czy to skutek nieprzytomnego zachłyśnięcia się Freudem, czy też zbyt długiego przesiadywania w szatni po meczach? Tak czy inaczej mamy do czynienia z bluźnierstwem.
Teraz o etapie  z r a n i e n i a  (emocjonalnego): „Aby mężczyzna mógł odkryć, na czym polega istota męskości, musi zstąpić w głębiny własnej duszy i odszukać skumulowany tam żal.” „Jestem przekonany, że wielu mężczyzn wyładowuje się dziś na kobietach, na społeczeństwie, na swoich szefach, a nawet na Bogu - a to tylko dlatego, że nie pojęli wagi zranienia.” „Historia Jakuba [...] to historia młodego człowieka, który doświadczył głębokich zranień wskutek przebywania w rodzinie dysfunkcjonalnej.” Wywieść z Biblii choć ułamek tak nonsensownej koncepcji może tylko ktoś, kto dał się zupełnie otumanić pustosłowiu psychologii wewnętrznego uzdrowienia.
Książka Hicksa zawiera zbyt wiele biblijnie błędnych nauk, aby poświęcać im wszystkim miejsce w tej chwili. Większość to psychologiczne intepretacje prawd biblijnych. Gdzie na przykład znajdziemy „męską kategorię oraz żeńską kategorię emocjonalnego zranienia”? Albo „wielbienie uwarunkowane anatomicznie”? Gdzie przeczytamy o „rozumieniu męskości” jako kluczu do pobożnego życia? Nie znajdziemy w Biblii podobnych koncepcji, oczywiście jeśli poważnie traktujemy jej słowa: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie” (Gal 3,28).
Na końcu książki znajdujemy taką wypowiedź: „Dotrzymujący Słowa (Promise Keepers) pragną zaopatrywać mężczyzn w materiały takie jak niniejsza książka...” Dr James Dobson w niedawnej audycji radiowej wyraził głęboką nadzieję, że Dotrzymujący Słowa rozżarzą ogień przebudzenia wśród mężczyzn naszego kraju. Jest to rzeczywiście perspektywa bardzo pożądana - ale do głębi smuci nas fakt, że iskry prawdy roznieca się w fałszywe płomienie podmuchem psychoduchowości. Niebiblijność podejścia tych wierzących mężczyzn polega na nieuzasadnionej koncentracji na osobie mężczyzny oraz na spoglądaniu na sprawy z „męskiego punktu widzenia”. Chcąc spełnić pragnienie swego założyciela trenera McCartneya i walczyć o wiarę, członkowie organizacji będą musieli powrócić do biblijnych podstaw wiary. Właściwy punkt koncentracji to Osoba samego Boga, to poznawanie Jego i Jego dróg poprzez Słowo Boże. W każdym innym przypadku jesteśmy skazani w najlepszym razie na wypraną z łaski, cielesną formę pobożności. (Niestety, w liście wysyłanym wkrótce po konferencji do jej uczestników zostali oni zachęceni do nabycia podręcznika do książki Masculine Journey i do tworzenia grup nastawionych na takie studium).


Mistycyzm żeński
Podczas gdy do mężczyzn ma apelować książka Hicksa, do kobiet skierowano jeszcze bardziej niebezpieczną ofertę psychoduchową. Płodna pisarka, osobowość telewizyjna (Focal Point) i radiowa (The Chapel of the Air) oraz popularny gość konferencji dla wierzących kobiet, Karen Mains może się poszczycić w środowiskach ewangelikalnych chrześcijanek wpływem większym niż jakakolwiek niewiasta. Obecnie pełni funkcję prezesa rady nadzorczej InterVarsity Christian Fellowship/USA, jest też członkiem komisji arbitrażowej w Renovaré (chrześcijańskiej* organizacji mistycznej Richarda Fostera). Jej najnowsza książka Lonely No More (Koniec z samotnością) to ćwiczenie „dziennikowania”, czyli codziennego zapisywania swoich przeżyć duchowych, myśli, uczuć, interpretacji snów, słów kierowanych do Boga (i vice versa). W książce tej wyjawia Karen Mains swoje najgłębsze „zranienia” i oczekiwania, natrafia też na parę twardych orzechów do zgryzienia.
Psychoduchowe aspekty tej książki znajdują wyraz przede wszystkim w jej osnowie - a jest nią wewnętrzne uzdrowienie: mieszanka idei Freudowsko-Jungowskich oraz poglądów, praktyk i technik duchowych. Szkolenie w zakresie wewnętrznego uzdrowienia odbyła Karen Mains w Szkole Opieki Duszpasterskiej założonej przez Agnes Sanford. Za jednego ze swoich „kierowników duchowych” uważa ona zresztą Leanne Payne, uczennicę Agnes Sanford, terapeutkę „wewnętrznego” i „duchowego” uzdrowienia. (O okultystycznych aspektach nauk Agnes Sanford i wewnętrznego uzdrowienia można przeczytać w książce Zwiedzione chrześcijaństwo).

W swojej książce Karen Mains próbuje uporać się z własnymi „zranieniami emocjonalnymi”, wśród których jest wewnętrzna samotność i głębokie zranienia duszy, wynikające z pracoholizmu jej męża Davida i jego braku wyczulenia na potrzeby żony, z lekceważenia jej zdolności przywódczych przez wierzących mężczyzn oraz z dawnych bolesnych doświadczeń ograniczeń obowiązujących w świecie ewangelikalnym (natury teologicznej i kulturowej). Szlak psychoduchowej autoterapii wskazany przez Mains wiedzie przez śmiertelnie niebezpieczne bagno subiektywności, nasycone Jungowską analizą snów, symboliką obrazów, szamanistyczną wizualizacją, rozmowami z istotami pojawiającymi się w snach, projekcjami Freudowskiej podświadomości oraz mistyczną modlitwą kontemplacyjną i postem. Jej przewodniczką w tej podróży duszy została zakonnica katolicka odpowiedzialna za nowicjat, zwolenniczka Junga, już wcześniej pełniąca rolę jej „kierownika duchowego”.
Karen Mains zapewnia swoje czytelniczki (należące najpewniej do środowiska ewangelikalnego), że „kierownicy duchowi to część tradycji katolickiej [...] stoją oni u boku innych w ich duchowych pielgrzymkach i pomagają im [...] w praktyce spoglądania ku Bóstwu. Niektóre seminaria katolickie oferują zaawansowane kursy z dziedziny duchowego kierownictwa”. Czytelniczki jednak, zamiast odetchnąć z ulgą, powinny się przerazić, że kobieta wywodząca się z „kręgów historycznego ewangelikalizmu”, „doskonale świadoma zagrożeń niezdyscyplinowanego subiektywizmu” dała się nabrać na duchową farsę, a nawet propaguje ją jako korzystną w poznawaniu Boga.
Opisując swoje najwyraźniej „subiektywne doznania nadprzyrodzoności” Karen Mains podkreśla, że wszystkie takie doświadczenia „nie mogą urągać Pismu Świętemu, prawowiernej nauce ani tradycji świętych, którzy pielgrzymkę tę odbywali przed [nią]”. Dwa ostatnie warunki posiadają być może pewną wartość w tradycji katolickiej, z pewnością jednak nie w oczach berean (Dz 17,10-11). W książce co chwila spostrzegamy, jak umiłowanie psychoduchowości niweczy wszelką wartość biblijną, jaką autorka miała być może zamiar przekazać. Spójrzmy na wyjątek z książki:
W różnych moich zmaganiach odkrywam, że jest we mnie taka mała cząstka, która niezupełnie dorosła wraz z pozostałą częścią mojej osoby. Została okaleczona wskutek zaniedbywania jej przez lata życia małżeńskiego. Nazywam ją swoim „idiotycznym ja”. I odkrywam, że ta niedożywiona sierota potrzebuje pielęgnowania i karmienia. Muszę odnaleźć idiotyczne ja, pełzające gdzieś po zakamarkach mojej duszy [...] Ta jaźń mojej jaźni, to porzucone dziecię jakże bardzo jest częścią mnie [...] Pojmuję, że w pewien sposób ja - ten intuicyjny, intrawertyczny, uczuciowy byt rodzaju żeńskiego - - stałam się substytutem żeńskiej jaźni Davida [mojego męża], jego anima, jeśli użyć terminu Jungowskiego. On zaś [...] funkcjonuje jako mój animus [...] Zrzekłam się na rzecz mojego męża mojej własnej męskości...
Poza charakterystyczną dla Junga mistyczną koncentracją na własnej osobie w książce znajdujemy także podstawowe tezy psychologii humanistycznej i chrześcijańskiej: „Moją wielką troską jest kochanie Davida; moją wielką troską jest kochanie samej siebie. Wiem, że nie będę o niego dbała dość dobrze, póki nie nauczę się dobrze dbać o samą siebie.” Nie w ten sposób ujmował problem Jezus i nie taka jest Jego ofiarna miłość, którą ukazał i którą obiecał objawić też w nas.
Choć Lonely No More to najdobitniejszy wyraz poglądów autorki, to przecież już od dziesięcioleci wraz z mężem propagowała ona psychoduchowość, od audycji radiowych i telewizyjnych poczynając, na materiałach 50-Day Spiritual Adventure (50-dniowej przygody duchowej) kończąc.


Czy właśnie psychoduchowość?
Książki, o których była mowa, to tylko dwie wśród setek podobnych oferowanych w księgarniach chrześcijańskich. Psychoduchowość jest sprzedawana i kupowana przez chrześcijan za pośrednictwem każdego rodzaju środków masowego przekazu. To hit sezonu. Dwa najbardziej popularne chrześcijańskie programy radiowe to programy prowadzone przez psychologa oraz przez dwóch psychiatrów - przez Jamesa Dobsona oraz Franka Minirtha i Paula Meiera. Chrześcijańskie ośrodki psychoterapeutyczne, najwięksi klienci agencji reklamy w radio chrześcijańskim, pękają w szwach od wierzących klientów. Regułą stała się psychologiczna ocena osób pragnących wyjechać na misje; niektóre organizacje misyjne oferują, a nawet wymagają ukończenia kursu poradnictwa psychologicznego. A spsychologizowana ewangelia rozwożona jest na cały świat z błogosławieństwem licznych szanowanych postaci chrześcijaństwa.
Czy właśnie psychoduchowości potrzebuje dziś ciało Chrystusa, psychoduchowości nieznanej wierzącym przez ostatnie dwa tysiąclecia? Jaki jest owoc tej nowości? Czy może ona dodać prawdziwie duchową wartość do tego, czego od początku istnienia kościoła hojnie udzielał Duch Święty? Czy jest niezbędnym uzupełnieniem „miłości, radości, pokoju, cierpliwości, uprzejmości, dobroci, wierności, łagodności, wstrzemięźliwości” w życiu chrześcijanina? Módlmy się i zachęcajmy współbraci w Chrystusie, aby czerpali z czystych, życiodajnych i pełnych łaski zdrojów samego Pana, nie zaś z duchowo zatrutych strug psychoduchowości. Módlmy się też, abyśmy jak Nehemiasz, który otrzymał duchową siłę do pokrzyżowania planów podstępnego Tobiasza Ammonity (Neh 13,4-8) i wyrzucenia go ze świątyni Bożej, i my otrzymali podobną siłę i śmiałość zwalczenia psychoduchowości w kościele Bożym wraz z wszelkimi jej szkodliwymi przyległościami.
„Tymoteuszu! Strzeż tego, co ci powierzono, unikaj pospolitej, pustej mowy i sprzecznych twierdzeń, błędnej, rzekomej nauki...” (1 Tym 6,20).

The Berean Call, kwiecień 1994
(za uprzejmą zgodą Wydawców).


1 Kor. 2,11  
Bo któż z ludzi wie, kim jest człowiek, prócz ducha ludzkiego, który w nim jest?


1 Kor.1,20
Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obrócił w głupstwo mądrości świata?

Gal.3,28
Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie.

1 Piotra 1,13-16
Dlatego okiełznajcie umysły wasze i trzeźwymi będąc, połóżcie całkowicie nadzieję waszą w łasce, która wam jest dana w objawieniu się Jezusa Chrystusa. Jako dzieci posłuszne nie kierujcie się pożądliwościami, jakie poprzednio wami władały w czasie nieświadomości waszej, lecz za przykładem Świętego, który was powołał,sami też bądźcie świętymi we wszelkim postępowaniu waszym,ponieważ napisano: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl