... Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej,

i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego.

Łuk. 10:27

Psychoherezja Dotrzymujących Słowa cz.2

Pierwszy artykuł o Promise Keepers http://promisekeepers.org/ oraz materiały na ten temat, jakie zaoferowaliśmy w PsychoHeresy Awareness Letter [lipiec/sierpień 1994], jak zwykle sprowokowały całą rozmaitość reakcji Czytelników. Nasze podstawowe zarzuty wobec Promise Keepers to propagowanie psychoherezji i szerzenie ekumenikalizmu. [...]
Ruch Dotrzymujących Słowa budzi w nas wielkie zaniepokojenie. W lecie 1994 r. na sześciu zjazdach regionalnych spotkało się ponad 230 000 mężczyzn, wydając na rejestrację, podróż, zakwaterowanie oraz zakup materiałów i książek - jak oceniamy - od 25 do 50 milionów dolarów. Ruch Promise Keepers planuje na 1996 rok zgromadzenie w Waszyngtonie miliona mężczyzn!
Smutkiem napawa nas fakt, że tak wielu duszpasterzy i wierzących „świeckich” wydaje tak wielkie kwoty na wspieranie ruchu wyraźnie błądzącego. Co gorsza, można się spodziewać lawinowego wzrostu Promise Keepers w najbliższych latach.
W pierwszej części artykułu rozpoczęliśmy krytyczną analizę książki Roberta Hicksa zatytułowanej The Masculine Journey: Understanding the Six Stages of Manhood (Wędrówka mężczyzny. Zrozumienie sześciu etapów rozwoju męskości), rozdaną uczestnikom konferencji Promise Keepers w 1993 r. w Boulder (Colorado).
Hicks, błędnie interpretując Biblię w celu dostosowania jej do własnych koncepcji psychologicznych, lansuje freudowsko-jungowski model człowieka. Poprzednio omówiliśmy dwa pierwsze etapy: „szlachetnego dzikusa” oraz „mężczyznę fallicznego”. Wraz z pozostałymi etapami, które omówimy dziś, ukazują one zależność Dotrzymujących Słowa od psychologicznych teorii wewnętrznego stanu człowieka oraz środków jego zmiany i wzrostu. Mimo że etapy męskości nazywa Hicks słowami hebrajskimi, to do opisania ich używa teorii psychologicznych. Oto dalszy ciąg naszej krytyki tej nieświętej mieszanki psychologii i Biblii.


«gibbor» - archetyp bohatera?
Hicks pisze: „Hebrajskie słowo gibbor  ukazuje mężczyznę w jego walecznej sile”. Rozważając etap „bohaterstwa” w rozwoju męskości, Hicks korzysta z idei Roberta Blya i innych luminarzy świeckiego ruchu mężczyzn. Cytuje nawet jego skargę: „Wojownik w duszy amerykańskiego mężczyzny osłabł w ostatnich latach”. Hicks podkreśla wagę tego „wojownika w duszy amerykańskiego mężczyzny”, pisząc: „Bardzo ważne jest, abyśmy jako mężczyźni otwarli się na uśpionego lub odrzuconego wojownika w naszej duszy”. Cytuje też z książki Patricka Arnolda Wildmen, Warriors and Kings: Masculine Spirituality and the Bible (Dzicy, wojownicy i królowie. Duchowość męska a Biblia):
Wojownik to jeden z najważniejszych archetypów męskiej duchowości i główna rola męska de facto w każdym społeczeństwie już od paleolitu. [...] Przez tysiąclecia stał się Wojownik w nieświadomości zbiorowej archetypem oporu wobec zła w jego nieprzeliczonych postaciach.
Książka Arnolda nie opiera się jednak na Biblii, lecz na jungowskiej idei nieświadomości zbiorowej, jungowskich archetypach oraz innych aspektach teorii Junga. Arnold, jezuita, doznał czegoś, co nazywa „mistycznym” doznaniem, w którym przeżył „na własną rękę męski archetyp Dzikiego”. Proponowane koncepcje męskiej duchowości to rozmaite archetypy męskości „odkryte” przez Junga w mitach, snach i doznaniach okultystycznych.
Cytując Arnolda Hicks chce uzasadnić nacisk, jak sam kładzie na archetyp wojownika jako na „pierwotny obraz męskości”. Integrując psychologię z chrześcijaństwem Hicks używa zatem koncepcji Carla Junga.
Nieświadomość zbiorowa Junga i rozliczne archetypy stanowią element okultystycznej duchowości sławnego psychiatry. Sam Jung stanowczo odrzucił chrześcijaństwo i opowiedział się za bałwochwalstwem, zastępując Boga całym mnóstwem mitologicznych archetypów. Głęboko angażował się w okultyzm, praktykował nekromancję i codziennie kontaktował się z bezcielesnymi duchami, które zwał archetypami; znaczna część jego pism powstała zresztą pod natchnieniem tych bytów. Miał nawet „przewodnika duchowego”  nazywał go Filemonem. Najpierw uważał go za część własnej psychiki; dopiero potem dostrzegł, że Filemon jest czymś więcej niż wyrazem jego własnej jaźni.
Hicks powołał się też na inny autorytet świeckiego ruchu mężczyzn:
Terapeuta Robert Moore zauważył, że za działaniami każdego artysty, kompetentnego pisarza czy zdolnego studenta stoi aktywny wojownik, który dostrzega wartości transcendentne, a relatywizuje doraźne potrzeby czy chwilowe żądze.
Moore, psychoanalityk z Instytutu C.G. Junga w Chicago, to współautor książki King, Warrior, Magician, Lover: Rediscovering the Archetypes of the Mature Masculine (Król, wojownik, mag, kochanek: archetypy dojrzałej męskości odkryte na nowo), gdzie wraz z kolegą nie tylko interpretuje męskość wedle archetypów Junga, ale i boleje nad zanikiem „rytuałów inicjacyjnych wprowadzających chłopców w męskość”. Ich zdaniem w starych społeczeństwach istniały „starannie obmyślone rytuały pomagające chłopcom z danego plemienia przejść w męskość”. Protestanckiej reformacji zarzucają piętnowanie tych rytuałów.
O „wojowniku” zaś piszą:
Jak wszystkie archetypy poddane represji, [wojownik] usuwa się pod powierzchnię, aby wychynąć ponownie w postaci emocjonalnego i fizycznego gwałtu, niby wulkan uśpiony przez wieki z narastającym stopniowo ciśnieniem w komorze magmy.
Takie wypowiedzi mogą padać jedynie z perspektywy freudowsko-   -jungowskiej, a są oparte na dawno obalonej hydraulicznej teorii Freuda (represja, presja i eksplozja) wymieszanej z jungowskimi archetypami, tak popularnymi w ruchu mężczyzn.
Sam Hicks też ma sporo do powiedzenia o archetypie wojownika; ale jego zdania na ten temat bywają niejasne i sprzeczne. Pisze na przykład: „Wojownik nie zabiega o własne korzyści”, ale w innym miejscu zaznacza: „Być wojownikiem to cechować się siłą, to dążyć do dominacji [...] poświęcać energię zdobywaniu najwyższej pozycji, rywalizacji o pierwszeństwo i ważność”. Jest to wyraźnie zabieganie o własne korzyści i bardzo pachnie postawą tego świata. Podobnie jak takie słowa Hicksa: „Dumę wojownika trudno objaśnić. [...] Mamy tu to wszystko: cześć, podziw, poczucie ważności, dumę ze zwycięstwa i przynależenia do elitarnej grupy”. W czym przypomina to pokorę apostoła Pawła? Przywodzi raczej na myśl jego życie sprzed nawrócenia, uznane przez niego samego za  śmieci!

«enosz» - mężczyzna zraniony?
Według Hicksa hebrajskie słowo enosz „oznacza człowieka w jego słabości, kruchości i zranieniu... zra niony wojo wnik... zraniony męż czyzna” [podkreślenia i wielokropki w oryg.]. Zdajemy sobie sprawę, iż mężczyzna zraniony to koncepcja bardzo na czasie w świeckim ruchu mężczyzn i w popularnej psychologii. Hicks naciąga sens hebrajskiego enosz, tak by wpasować je w swój model.
Enosz tymczasem oznacza rodzaj ludzki w ogólności, nie zaś szczególne (a w żadnym razie wyłączne) odniesienie do mężczyzny. Słowo to można równie trafnie przełożyć jako „osoba”. Choć istotnie zawiera ono konotację słabości i kruchości, to ma ona podkreślić nieskończoną różnicę między człowieczeństwem a Boskością. Enosz to człowiek w swej śmiertelności i małości wobec Boga Wszechmocnego.
Hicks zapożyczył zatem pewien termin z Biblii i nadał mu wymyślony przez siebie sens, pełen psychologicznych skojarzeń. Użytek czyniony przez niego ze słów hebrajskich przypomina praktykę, jaką stosował Humpty Dumpty z książki Lewisa Carrolla (O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra, przeł. M. Słomczyński, Wrocław 1994):
- Gdy ja używam jakiegoś słowa - powiedział Humpty Dumpty z przekąsem - oznacza ono dokładnie to, co mu każę oznaczać... ni mniej, ni więcej.
- Pozostaje pytanie - powiedziała Alicja - czy potrafisz nadać słowom tak wiele rozmaitych znaczeń?
- Pozostaje pytanie - powiedział Humpty Dumpty - kto ma być panem... to wszystko.
Nadając słowu enosz upatrzony z góry sens Hicks wtłacza Pismo w model mężczyzny zranionego, a potem snuje baśń o zranieniach.
Psychologiczny charakter źródła teorii Hicksa o etapach rozwoju męskości potwierdza się też w takim choćby zdaniu: „Według Carla Junga to zranienie jest krytyczne dla rozwoju głębszej męskości”. Cytuje też Hicks z książki Fire in the Belly (Ogień w trzewiach) psychologa Sama Keena, popularnej wśród zwolenników ruchu mężczyzn:
Od najstarszych zapisów ludzkiej historii aż po dziś dzień najważniejsze jasne pouczenie o męskości dawane chłopcom brzmi: męskość wymaga zranienia ciała, ofiary z naturalnego daru zmysłowości i płciowości.
Hicks nie rozróżnia między grzechami a ranami. Opowiada o mężczyznach spotykanych na konferencjach i rekolekcjach, którzy zwierzali mu się z „uzależnień chemicznych”, z „poczucia winy i niepokoju z powodu własnego homoseksualizmu albo też z powodu normalnych upodobań seksualnych, ale uzależnienia od seksu czy pornografii”:
Co im odpowiadam? „Twe zranienie jest godne szacunku, twe zranienie jest normalnym elementem rozwoju męskości. [...] Ale będziemy musieli ustalić, co to oznacza i jak posunąć się ku uzdrowieniu tak, abyś pozostał na szlaku wędrówki mężczyzny. Trzeba ci pomóc znaleźć wyjście z twych niewłaściwych reakcji na jakieś nienormalne wydarzenie czy okoliczności z twej przeszłości.
Jest to ewangelia psychologiczna, a nie dobra nowina o Chrystusie, który zmarł za grzech tego człowieka. Jeśli grzech nazwać „zranieniem”, to lekiem nań staje się psychologia, a nie śmierć Chrystusa czy Boże przebaczenie. Jeśli grzech zostaje określony mianem „niewłaściwych reakcji na jakieś nienormalne wydarzenie czy okoliczności z przeszłości”, to terapii dostarczy psychologia - lecz człowiek ów pozostanie nadal w swoim grzechu.
Fascynację Hicksa teoriami i żargonem psychologii widać też w jego uwagach na temat Jakuba i Dawida. „Jakub reprezentuje młodego człowieka, który został głęboko zraniony wskutek dysfunkcjonalnego systemu rodzinnego”. Entuzjaści psychologizowania wiary dość często redukują ludzi do psychologicznych etykietek, by w ten sposób użyć historii biblijnych do uwiarygodnienia własnych koncepcji psychologicznych.
Dawid otrzymuje od Hicksa psychologiczną etykietkę osoby „maniakalno-depresywnej”. Hicks nie poprzestaje na przykrojeniu Dawida do swej diagnostycznej sztampy: redukuje wiele Psalmów (czyli sporą część Słowa Bożego) do roli „dumek” zaburzonego umysłu. Freud i Jung zapewne bardzo ucieszyliby się z takiej degradacji Pisma. Właśnie tego typu myślenie stanowi fundament całego „chwalebnego” ruchu mężczyzn (ale nie ruchu Boga).
Uznając psychologię tego świata nieuchronnie zaczynamy głosić poselstwo tego świata. Hicks pisze:
Uważam, że by mężczyźni uporali się ze swym zranieniem, muszą poczuć się bezpiecznie pośród innych mężczyzn, którzy też cierpieli ból. Bóle, jakich doznajemy jako mężczyźni, to nasze bar micwa, nasze ryty plemienne, nasze oznaki męskości.
Czym różni się to od idei Roberta Blya, Sama Keena i reszty przywódców świeckiego ruchu mężczyzn? Rozumując z ten sposób Promise Keepers niedługo zaczną pewnie walić w bębny.

«'isz» - dojrzałość w „wierności sobie”
Hicks mówi, że 'isz „oznacza mężczyznę jako  władcę swej własnej duszy, niezależnego od względów zewnętrznych”. Co więcej...
Mężczyzna nie może stać się władcą swojej duszy i być autentycznym w relacjach z innymi, jeśli nie przeżył jakichś zranień. Dopiero zraniony mężczyzna może zacząć władać z większą mądrością i nie daje się sterować każdemu głosowi, który go o coś poprosi.
Hicks pisze, że słowo 'isz tłumaczy się zazwyczaj jako „mężczyzna, rodzaj ludzki bądź mąż”, i dodaje, że oznacza ono zatem „mężczyznę dojrzałego”. Lecz de facto słowo 'isz nie jest ograniczone do takiego tylko sensu. Służy zazwyczaj oznaczaniu pojedyńczych osób, nie zaś ogólnie rodzaju ludzkiego. Zwykle opisuje pojedyńczego mężczyznę, ale może też znaczyć tyle co „osoba” (męska bądź żeńska). Czasami określa też mężczyznę w jego roli małżonka.
Według Hicksa mężczyzna dojrzały to taki, który „przestał próbować być takim mężczyzną, jakim chcą go widzieć inni”. Jest to ważny etap freudowsko-jungowskiej koncepcji mężczyzny. Mamy tu do czynienia z interpretacją opartą na teorii Freuda, głoszącej, że rodzice przeszkadzają dziecku być wiernym sobie. Hicks omawia też proces odróżniania i indywidualizacji, mocno przypominając w tym jungowskie teorie indywiduacji. Jung pisze:
Terminem „indywiduacja” określam proces, w którym osoba staje się psychologiczną „indywidualnością”, to jest oddzielną, niepodzielną jednością albo też „całością”.
Hicks dokonuje zapożyczeń i od Freuda, i od Junga. Pisze:
Aby chłopiec stał się mężczyzną, musi oderwać się od matki i odnaleźć ojca. Uczyniwszy to musi się oderwać od ojca, aby odnaleźć siebie samego. Odnalazłszy siebie samego może odnaleźć kobietę i złączyć się z nią w małżeństwie. Ale wędrówka większości mężczyzn sprowadza się do tego, że nigdy nie odrywają się od matki, a jednak mają nadzieję odnaleźć siebie w żonie.
By mężczyzna uległ jeszcze głębszemu odróżnieniu, musi przebyć proces nazwany przez Levinsona „odplemieniem” („detrybalizacją”). Hicks pisze, iż termin Levinsona ogromnie mu się podoba. „Wszyscy zostaliśmy uplemieni przez rodziców, nauczycieli, duszpasterzy, kościoły, systemy myślenia i przyjaciół”.* Celem więc jest „stanie się wiernym sobie”, co nazywa Hicks „warunkiem wstępnym dojrzałości”.
A gdzie jest etap, w którym mężczyzna staje się wierny Bogu? Trzeba by znaleźć na to jakąś szczelinę w systemie, gdyż ani Jung, ani Freud tego nie uwzględnili. Najwyraźniej Hicks uważa, iż Eliasz przez dłuższy czas nie był mężczyzną dojrzałym ('isz), a został nim dopiero po zwycięstwie nad prorokami Baala na górze Karmel, po „zranieniu” w Beerszebie i po podróży na górę Horeb na Synaj. Wyjaśnia: „W tym okresie zranienia Bóg zaczyna zmieniać Eliasza i przekształcać go w dojrzałego proroka, w mężczyznę typu 'isz”.
Hick kontynuuje interpretację sylwetki Eliasza wedle ateistycznego systemu psychologicznego. Oto co pisze o proroku po jego spotkaniu z Bogiem na górze Horeb:
To człowiek dojrzały, zdolny do władania własną duszą, gdyż został zraniony i ozdrowiał słuchając słowa Bożego w odświeżająco inny sposób. Mężczyzna tak odrodzony i wskrzeszony jest gotów być mentorem i mędrcem dla młodszego mężczyzny.
Skoro zatem Eliasz „włada już własną duszą”, może według jungowskiej teorii zostać mentorem dla innych. Lecz czy naprawdę to Eliasz „władał własną duszą”, czy też raczej duszą proroka zawładnął Bóg?

«zaken» - wiek, mądry człowiek czy mentor?
Hebrajskie słowo zaken  oznacza podeszły wiek. Zdaniem Hicksa „celu męskości winniśmy upatrywać w staniu się mądrym, doświadczonym starszym dla obecnego pokolenia”. Choć Hicks używa przykładów z Biblii, czytelnik odnosi wrażenie, że właściwie cel ów można zrealizować całkiem samodzielnie, bez wiary w biblijnego Boga. Ukazuje to jasno cytat z Levinsona, jaki postanowił wykorzystać Hicks:
Wśród największych osiągnięć intelektualnych i artystycznych są dzieła mężczyzn po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, a nawet osiemdziesiątce. Przykładów nie brak: Picasso, Yeats, Verdi, Frank Lloyd Wright, Sigmund Freud, Carl Jung...
Hicks, mimo że trafnie podkreśla pewne biblijne prawdy o szacunku dla starszych i o tym, że nadal odgrywają oni w społeczeństwie ważną rolę, to lansuje przede wszystkim rolę mentora. Pisze, że podczas fazy «zaken» „najważniejsza rola polega na sprawowaniu funkcji mentora”.
Idealnie współgra to z ideą mentora promowaną przez Dotrzymujących Słowa. Lecz idea ta ma fundament psychologiczny: tu nie chodzi o pomoc drugiej osobie w przygotowaniu się do Bożego powołania, tak jak Eliasz nauczał Elizeusza; przykład Eliasza i Elizeusza nie daje podstaw do uznania psychologicznych form mentorstwa. Hicks pisze:
Ilekroć wyruszam w wędrówkę mężczyzny, potrzebuję mentora, który wyprzedzałby mnie choć o jeden etap. Potrzebuję go jako modelu męskości w następnym etapie i zachęty do opuszczenia dotychczasowego miejsca i podrośnięcia nieco.
Proces mentorski ściśle wiąże się z wymyślonymi przez niego „etapami męskości”. I tak: „falliczny typ faceta” potrzebuje „wojownika”, który pomoże mu „skanalizować, przełożyć [jego] energię seksualną na coś bardziej konstruktywnego, jak biznes czy kariera zawodowa”. Jeśli zaś znalazł się w fazie wojownika, to potrzebuje „przy sobie mężczyzny zranionego”. I tak dalej. Trudności przedzierania się przez etapy rozwoju męskości, obejmujące według Hicksa  oddzielenie, inicjację, przejście i  zagubienie, wydają się czynić z posiadania mentora absolutną konieczność dla mężczyzny, który nie chce  utknąć w którejś z faz.
Ponieważ książka Hicksa jest oficjalnym przewodnikiem do „wędrówki mężczyzny”, można słusznie domniemywać, że proces mentorski w Promise Keepers będzie się opierał właśnie na fazach męskości według Hicksa, na jego świeckiej psychologii, wprowadzających w błąd opisach i mieszanych metodach manipulowania mężczyznami.

Drogi męskie czy droga Boża?
Ogólny charakter opisanych cech i powszechność wspomnianych na kartach książki doświadczeń życiowych sprawi, że mężczyźni łatwo odnajdą siebie pośród etapów Hicksa. Gdyby jednak ktoś miał trudności ze zlokalizowaniem się w konkretnej fazie, Hicks wyjaśnia, że mężczyzna „może żyć jednocześnie w wielu punktach tej mapy”. Konstrukcja książki sprawia, że każdy mężczyzna, jeśli jest człowiekiem, znajdzie tam coś, z czym może się zidentyfikować**; jest w niej dość prawdy, by usidlić nieostrożnych.

W Jak się wam podoba Szekspir, bez wspierania się „wywiadami psychologicznymi” czy integracją psychologii i Biblii, opisał siedem etapów życia, a jego koncepcja nie jest wcale gorsza niż inne przykłady mądrości ludzkiej. Dlaczego jednak wierzący miałby się stosować do mądrości i „etapowości” tego świata? Ma przecież nowe życie w Chrystusie. A jeśli chce się podobać Bogu, to za Pawłem powtórzy:
Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Gal 2,20).
Prawdziwy chrześcijanin nie tylko będzie kształtował swój styl życia na wzór Chrystusowego. W OSOBIE TAKIEJ ŻYJE CHRYSTUS, KTÓRY „WEDŁUG UPODOBANIA SPRAWIA W WAS I CHCENIE, I WYKONANIE” (Flp 2,13). MĄŻ BOŻY BĘDZIE SKUPIAŁ SIĘ NA CHRYSTUSIE, A NIE NA WŁASNEJ MĘSKOŚCI. Tylko wówczas znajdą rozwiązanie męskie problemy i urzeczywistni się cel męskości.
Lokalne grupy Promise Keepers mogą dobierać sobie materiały do studiów według własnego uznania. Niektóre wybierają „Wędrówkę mężczyzny” i dołączony do niej podręcznik; inne opierają się na zdrowych studiach biblijnych i nie stykają się bezpośrednio z zagrożeniem psychologicznym, tak typowym dla całości ruchu. Muszą jednak mieć świadomość, iż utożsamiają się z tymi, którzy postanowili spsychologizować wiarę.
Jeśli mężczyźni chcą zbierać się razem, powinni podążyć za wskazówkami Biblii, a nie freudowskich baśni, jungowskich mitów i innych egocentrycznych psychologii ludzkiego wymysłu. Powinni też gromadzić się tam, gdzie rzeczywiście mogą wzrastać - w swym lokalnym kościele - a nie na wielkich zjazdach, sterowanych „psychologią tłumu”, ani też w grupach, które używają technik terapii grupowej i podważają istotne kwestie doktrynalne.

Oryginalny tekst zamieszczono w:
PsychoHeresy Awareness Letter
wrzesień/październik 1994.
Wydawca:
PsychoHeresy Awareness Ministries
4137 Primavera Road
Santa Barbara, CA 93110, USA.



**A propos identyfikowania się: Nowy Testament nie milczy o tym, z czym (kim) powinien identyfikować się chrześcijanin (niewierzący mają w tej mierze wolną rękę). Polecamy uważną lekturę! W tym miejscu przypomnimy sobie takie słowa apostoła Pawła: „Bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 11,1). Na marginesie warto zauważyć, iż zalecenie to obowiązuje w równym stopniu mężczyzn i kobiety (przyp. red.).



Sara Leslie, absolwentka Wydziału Poradnictwa Uniwersytetu Drake, przez sześć lat pracowała w profesjonalnym poradnictwie chrześcijańskim; była też przewodniczącą ruchu Right-to-Live w Iowa oraz członkinią stanowego zarządu Concerned Women of America. Wraz z mężem Lynnem Lesliem wydają czasopismo The Christian Conscience.
Pani Leslie trapi się wpływem programów Promise Keepers realizowanych w małych grupach. Po analizie podręcznika wydanego przez NavPress, który oparto na książce Hicksa i firmowano znakiem Promise Keepers, oceniła, że nie jest to w ogóle studium biblijne, ale amatorski program psychoterapeutyczny, zaledwie z ozdobną warstewką wersetów biblijnych. „Program opiera się na idei w ogromnej mierze zdyskredytowanych grup spotkaniowych, które były popularne w latach siedemdziesiątych” - twierdzi. Jako specjalistka w tej właśnie dziedzinie, wyjaśnia, że grupy spotkaniowe zostały zarzucone przez znaczną część środowiska psychologicznego wskutek psychicznych szkód wywołanych obnażaniem bolesnych blizn emocjonalnych.
Sara Leslie zwraca też uwagę, że podręcznik Promise Keepers zawiera zabawę mającą „przełamać lody”, zwaną „People Bingo”, w której zebrani mężczyźni pytają siebie nawzajem o to, jakie slipy mają na sobie („spodenki czy bikini”), i o inne dość kłopotliwe sprawy intymne, związane z rodziną, przeszłością (np. o molestowanie przez rodziców w dzieciństwie), o szczegóły anatomii. Pani Leslie twierdzi, że pytaniem o slipy zastąpiono inne pytanie, z pierwszego wydania podręcznika: o to, czy poszczególni członkowie grupy współżyli płciowo z żoną „w ubiegłym tygodniu”.
(Na podstawie artykułu Christophera Corbetta „Promise Keepers: Growth and Caution” w Dallas/Fort Worth Heritage z czerwca 1995, s. 12-13).


***********************************************************************************************************************

Wszystkim mężczyznom obawiającym się, że „utkną w którejś z faz”, proponujemy codzienną terapię w postaci starannej lektury Psalmu 119 (red.Tiqva).

                                                                                           

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl