Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

Tego, co w górze, szukajmy

                                                  

Wielokrotnie już pisałem o ruchu „rekonstrukcjonistycznym”*. Wydaje się, że jest to najdynamiczniej dziś rosnąca tendencja w łonie kościoła, a jako taka budzi szczególny niepokój. Jego wpływy pomagają bowiem przygotować dogodne warunki dla przyszłego rządu ogólnoświatowego i Antychrysta, a dzieje się to wskutek mylnej interpretacji fundamentalnych kwestii z zakresu proroctwa biblijnego. Zwolennicy tego ruchu oczywiście serdecznie zaprzeczą, że w czymkolwiek pomagają Antychrystowi bądź też że mają taki zamiar. Z ideologii tego ruchu wynika jednak jeszcze podstępniejsze niebezpieczeństwo: zagrożenie życia duchowego wierzących spowodowane niebiblijnym nauczaniem.


Biblijna nadzieja Pochwycenia w odstawkę
Ludzie, którzy żywią przekonanie, że naszym zadaniem jest zdobycie świata i ustanowienie na ziemi Królestwa Chrystusa podczas Jego nieobecności, albo w ogóle odrzucają ideę Pochwycenia Kościoła, albo też odsuwają to wydarzenie na przyszłość tak odległą i nieistotną, iż nie może ona mieć wpływu na nasze życie. Postawa taka musi rodzić znamienne skutki; Bóg bowiem zaplanował, aby nadzieja na rychły i nieoczekiwany powrót Chrystusa spełniała w życiu chrześcijan rolę oczyszczającą (1 J 3,3). Jestem przekonany, że przez słowa „oczyszcza się” Jan rozumie czystość zarówno doktrynalną jak i moralną. Mimo że te dwie są ze sobą ściśle związane, dziś troskę o nauczanie często zaniedbuje się, jako przyczynę podziałów, zapominając, iż jest ono niezbędnym nośnikiem prawdy.
Nauka o Pochwyceniu, o tym, że Chrystus zabierze swą oblubienicę do nieba (1 Tes 4,13-18), należy dziś do nauk bardzo niepopularnych; zmiana ta nastąpiła niespodziewanie zaledwie kilka lat temu. Ponieważ wbrew swej obietnicy Chrystus nie przyszedł rychło (według naszego rozumienia), są tacy, którzy temat Pochwycenia wolą pomijać milczeniem. Jednakże ogromna liczba ustępów biblijnych odnoszących się do czasów ostatecznych w ogóle, a do Pochwycenia w szczególności, świadczy o tym, że dziedzina ta powinna stanowić istotną część chrześcijańskiej wiary i życia.


Owoc wyczekiwania Pana
Jeśli idzie o Pochwycenie, Biblia raz po raz zaleca nam  czuwać i  czekać. Czemu taką właśnie postawę nakazał nam Chrystus? Czy na Pochwycenie Pismo kładzie tak duży nacisk przede wszystkim z tego względu, że przyjście Pana ma rzeczywiście nastąpić lada moment? Nie dlatego. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć na pewno, czy przyjście Pana będzie rychłe z  naszego punktu widzenia; dziś możemy natomiast powiedzieć, iż nie było ono rychłe z punktu widzenia całych pokoleń tych wierzących, którzy żyli przed nami. Gdyby cała wartość oczekiwania Pana sprowadzała się do spełnienia tej nadziei za życia tych wierzących, tzn. gdyby chodziło tylko o to, że Pan faktycznie miał za ich życia powrócić, to w tej chwili nie bylibyśmy w stanie powiedzieć, dlaczego Pan wymagał takiej postawy od wierzących, skoro i tak za ich życia nie powrócił. Musi być zatem inna przyczyna, o znamiennej wadze dla życia chrześcijańskiego, nacisku na to, aby wierzący w każdej chwili spodziewali się powrotu Chrystusa. Jaka to może być przyczyna?
Niewątpliwie wiara w to, że w każdej chwili możemy zostać stąd zabrani, przydaje powagi naszemu podejściu do życia tu na ziemi. Skoro nie mamy pozostać tu na wieki, nie warto tracić ani minuty. Ponadto nie staramy się wówczas tak ochoczo sprzymierzać ze światem, od którego nie zależy nasz ostateczny los, i pamiętamy, gdzie jest nasza prawdziwa ojczyzna: w świecie przyszłym, opartym na tym, co wieczne, a nie na tym, co doczesne. Taka postawa powinna się przejawiać w życiu każdego wierzącego; dlatego też żywa świadomość możliwości rychłego przyjścia Pana ma wielką wartość, skoro przynosi w naszym życiu takie owoce.


Nadzieja na śmierć?
Czy jednak perspektywa nieuchronnej śmierci nie jest takim samym bodźcem? Nie. Rodzi ona wprawdzie bardzo mocne pobudki, jednakże zasadniczo różni się od nadziei Pochwycenia, mającej nad nią sporą przewagę:

Nadzieja Pochwycenia będzie łatwo zajmować nasze myśli...

(1) Jeżeli żyjemy w pokoju z Chrystusem, możemy dosłownie wyczekiwać Pochwycenia. Nikt natomiast (nawet Chrystus w Ogrodzie Getsemane) w radosnym podnieceniu nie wyczekuje śmierci. Nadzieja Pochwycenia będzie łatwo zajmować nasze myśli, podczas gdy o ponurej perspektywie śmierci próbujemy często nie pamiętać, wskutek czego słabnie jej motywacyjna rola w naszym życiu;

Z nieodwołalnością śmierci wielu ludzi stara się pogodzić poprzez zapewnienie sobie swoistej „nieśmiertelności”...

(2) Choć Pochwycenie istotnie przypomina śmierć w tym sensie, że i jedno, i drugie oznacza koniec naszej doczesnej egzystencji, to Pochwycenie niesie ze sobą jeszcze coś: zapowiedź zakończenia znanych nam dziejów ludzkości; początek ich kulminacji. W ten sposób Pochwycenie oznacza nie tylko kres doczesnego życia pojedynczego człowieka, ale i kres wszelkich ludzkich poczynań na tym świecie. (Człowiek w obliczu śmierci myśli np. o pozostawianych dzieciach, zgromadzonej fortunie i jej przyszłym losie, swojej reputacji wśród potomnych, dalszym biegu spraw, którym służył, itd.).
Z nieodwołalnością śmierci wielu ludzi stara się pogodzić poprzez zapewnienie sobie swoistej „nieśmiertelności”, zatroszczenie się o to, aby pamięć o nich bądź też ich dzieło żyły po ich odejściu. Nawet chrześcijanom, którzy stoją przed perspektywą autentycznej nieśmiertelności, zdarza się ulegać pokusie szukania pociechy w którejś z fałszywych form nieśmiertelności. Lecz perspektywa Pochwycenia kładzie kres wszelakiemu takiemu myśleniu, a im bardziej słabnie oddziaływanie tych pseudopociech, tym bardziej nasza nadzieja co do życia po śmierci oczyszcza się z tego, co ziemskie. Wyczekując Pochwycenia, jesteśmy zmuszeni uznać fakt, że nasze przeznaczenie jest w niebie, bardziej więc skłaniamy się do postępowania mającego ten cel na uwadze;

Mimo wszystko mamy pewien wpływ na to, kiedy nasza śmierć nastąpi...

(3) Bodziec, jakim jest myśl o śmierci, traci na sile wskutek faktu, że mimo wszystko mamy pewien wpływ na to, kiedy nasza śmierć nastąpi. To prawda, że jesteśmy istotami kruchymi i mógłby nas zmieść lada powiew. A jednak zazwyczaj tak się nie dzieje. Ofiara raka mogła była np. zrezygnować z palenia czy też spożywać więcej błonnika, albo też wcześniej skonsultować się z lekarzem. Kierowca zmarły w zawinionym przez siebie wypadku mógł jechać wolniej, a jeśli pił, mógł skorzystać z taksówki. I tak dalej.
Choć śmierć istotnie przybywa nieraz bez ostrzeżenia (nikt nie jest w pełni panem swego doczesnego losu), to zazwyczaj nasze dzisiejsze decyzje przybliżają bądź opóźniają szansę jej nastąpienia jutro, za miesiąc, za dziesięć lat... Ten niepełny wprawdzie, ale mimo wszystko niezaprzeczalny wpływ na moment własnej śmierci osłabia jej rolę jako bodźca ku pobożnemu życiu, stwarzając pozory, że ułożenie spraw z Bogiem możemy odłożyć na następny tydzień, miesiąc, rok. W odróżnieniu od tego nie mamy zupełnie żadnego wpływu na to, kiedy powróci Chrystus, nie możemy więc sobie pozwolić na odkładanie czegoś na później.


Chrystus - persona non grata?

Ruch rekonstrukcjonistyczny nazbyt jest związany z procesami toczącymi się tu na ziemi, mającymi trwać do nieokreślonej przyszłości. Wskutek tego jego zwolennikom trudno jest nabrać wystarczającego dystansu do tego świata i być gotowym do opuszczenia go w każdej chwili. Martwi mnie, że Rekonstrukcjoniści i Coalition on Revival (Koalicja na rzecz przebudzenia), a także inni zwolennicy tej ideologii lansują błędne podejście do sprawy naszej służby na tej ziemi. Koncepcji tej musimy się strzec, w przeciwnym bowiem razie grozi nam postawa Wielkiego Inkwizytora odmalowanego przez Dostojewskiego. Dla Wielkiego Inkwizytora powrót Chrystusa na ziemię był przeszkodą w realizacji misji Kościoła. Wtrącił Go więc do więzienia i żali się, odwiedzając Go w celi:

,,Nie ma bynajmniej potrzeby, abyś teraz powracał. Nie wolno Ci wtrącać się, nie teraz w każdym razie... Na całe szczęście na odchodnym poruczyłeś nam to dzieło. Obiecałeś, ustanowiłeś swoim słowem, dałeś prawo związywania i rozwiązywania, i teraz oczywista nie zamierzasz nam chyba tego odbierać! Czemu więc przybyłeś, aby nam zawadzać? "

Każdy człowiek ma skłonność czuć się na świecie bardziej swojsko, niż powinien. Chrześcijanie nie są wolni od tej pokusy, a uległszy jej często starają się zreinterpretować Pismo tak, aby swą postawę usprawiedliwić. Rekonstrukcjoniści są tego dobitnym przykładem. Niektórzy posunęli się nawet do nauczania, że Chrystus... już powrócił: w 70 roku po Chr. pod postacią wojsk rzymskich! To On zatem zburzył Jerozolimę i wyklął Żydów; wtedy też odbyły się zapowiedziane w 19 rozdziale Apokalipsy Jego zaślubiny z Kościołem!**
Rekonstrukcjonistom oraz innym zwolennikom zdobywania świata przez chrześcijan „przedwczesny” powrót Chrystusa byłby równie nie na rękę jak Wielkiemu Inkwizytorowi, i to z tych samych powodów.


Jaka jest nasza nadzieja?
Nasza nadzieja nie w zdobyciu tego świata, lecz w byciu zabranym do nieba przez naszego Pana, gdzie zostaniemy Mu zaślubieni w chwale, a potem wraz z Nim powrócimy z wojskami niebieskimi, by ocalić Izrael, zniszczyć wrogów Pana i uczestniczyć w Jego tysiącletnim panowaniu. Często jednak deklarując wierność tej nadziei, czynimy to tylko teoretycznie, przecząc jej codziennym życiem. Nasze serca powinny nieustannie zachwycać się i radować myślą o pochwyceniu przez Pana, o tym, że nasze ciała zostaną w jednej chwili przemienione na podobieństwo uwielbionego ciała Pana i że zostaniemy Mu poślubieni na wieki.
Niebo to nie tyle określone miejsce w sensie geograficznym, ile raczej nieustanne przebywanie wraz z Chrystusem wszędzie tam, gdzie może się On w danej chwili znajdować. Niebo to nie tyle miejsce, co stan, to radowanie się niebieskim istnieniem, które przechodzi wprawdzie nasze obecne pojęcie, lecz którego powinniśmy wciąż z zapałem wyczekiwać. Bo wtedy w naszych przemienionych ciałach, podobnych do Jego uwielbionego ciała, będziemy mieć udział w Jego zmartwychwstaniu i będziemy panować z Nim nad ziemią przez tysiąc lat. A jeszcze później czeka nas wieczność, w której będzie nam On objawiał coraz więcej z Siebie, ze swej miłości, łaski i dobroci.


Antropocentryzm w innej szacie
Jedną z poważnych usterek ruchu rekonstrukcjonistycznego jest głoszona przezeń błędna idea, iż śmiertelny człowiek mógłby dokonać tego, do czego zdolny jest tylko Człowiek nieśmiertelny, nasz zmartwychwstały Pan, my zaś będziemy zdolni dopiero później, gdy w zmartwychwstałych ciałach będziemy z Nim. Nie poprzestawajmy na niczym mniejszym niż to, co obiecał nam Chrystus! Chwała, którą On dla nas przygotował, prześciga o lata świetlne cel, jaki roztaczają przed chrześcijanami rekonstrukcjoniści: nadzieję na uzyskanie władzy nad światem przez ciało słabe i zepsute.
Jeśli nie będziemy poważnie traktować tego, czego Biblia wyraźnie naucza, i jeśli nie będziemy mocno trwali przy zdrowej nauce, możemy zaprzepaścić Jego wolę wobec nas. Możemy też utracić nagrodę u Pana, jeśli będziemy próbować o własnych siłach wieść takie życie, jakie może w nas wieść tylko sam Chrystus. Bądźmy na co dzień wierni Jemu i Jego Słowu. Radość i chwała, którą On zamierzył i w której pragnie naszego udziału, aż nadto wystarczy, aby być dla nas zachętą, natchnieniem i bodźcem. „...tego, co w górze, szukajcie” (Kol 3,1-4).

CIB Bulletin  październik 1988.
(za uprzejmą zgodą Autora. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji).


* Ruch rekonstrukcjonistyczny można w pewnej mierze utożsamić z post­mil­len­nializmem, a także amillen­nia­li­z­mem. Wedle niego Mil­len­nium - trwające już dziś - to czas władzy chrześcijan nad świa­tem bądź zdobywania jej. Po­win­ni oni zmu­sić cały świat do uległości Chry­s­tu­sowi (zatem zawładnąć nim ró­w­nież w sensie politycznym). Do­pie­ro wte­dy, „na gotowe”, powróci Chry­s­tus. Ruch zdobywania świata dla Jezusa nasilił się, również w kręgach ewangelikalnych, bardzo wyraźnie po 2000 roku. Także w Polsce. Pisaliśmy o tym w innych artykułach. Inne popularne nurty, jak np. Świadkowie Jehowy, gło­szą, że Chry­stus już powrócił, a więc ży­jemy w Tysiącletnim Królestwie.
Zagadnienie to z szerokiej per­spek­ty­wy omawia książka Whatever Hap­pe­n­ed to Heaven?  (A gdzie się po­działo nie­bo?) Dave'a Hunta; nie­ste­ty, nie uka­zała się jeszcze po pol­sku... Polecamy także ar­tykuł Autora pt. „Zdo­by­w­cy świa­ta”, o pokrewnej tematyce;  wy­po­wiada się również na jego te­mat Da­vid Reagan w polecanej już przez nas książce Mistrzowski plan  (red.).

** Dla porządku trzeba zauważyć, iż zgo­d­nym zdaniem biblistów Apokalipsę na­pisał Jan dopiero w latach dzie­więć­dziesiątych pierwszego wieku po Chr., a więc co najmniej dwa­dzie­ś­cia lat  po wydarzeniu, które rze­komo miała zapowiadać. (Na po­cząt­ku czwartego rozdziału Apo­ka­li­p­sy głos nakazuje Janowi wstąpić w wi­zji do nieba, skąd ma on oglądać to, co się dopiero ma stać!) (red.).



Z pytań do Dave'a Hunta


W piśmie The Lofton Letter krytykuje się pańskie stanowisko wobec rekonstrukcjonizmu, pisząc m.in.: „Dave Hunt twierdzi, że idea zdobycia świata przez chrześcijan nie jest w Biblii nigdzie wyłożona ani nawet wspomniana oraz że Jezus z pewnością nie nauczał tego ani nie angażował się w taką działalność. Takie twierdzenia są absurdalne. Bądź dobrym Berejczykiem, bracie Davie! Badaj Pisma, przyjacielu, a sam zobaczysz, że ziemia  już jest Pańska i że nasz Pan już teraz ma nad nią całą władzę”. I co pan na to?
Oczywiście skoro „ziemia  już jest Pańska” i skoro „nasz Pan  już teraz ma nad nią całą władzę”, to nie ma żadnej potrzeby „zdobywania świata dla Chrystusa”, i już dla tego choćby powodu Biblia nigdzie nie musi tego wykładać ani nawet wspominać. Nie wiem więc, o co właściwie Lofton chce się ze mną spierać. Rzecz jasna, jeśli - jak wiele wskazuje - Lofton jest rekonstrukcjonistą, to opowiada się on za nauką, że Bóg uzyskał władzę nad światem poprzez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa („Dana Mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi. Idźcie tedy...”; Mt 28,18-19) i że chrześcijanie na tej podstawie mają mandat, aby w imię Chrystusa przejmować władzę nad środkami masowego przekazu, oświatą, administracją itd.
Prawda jest natomiast taka, że Bóg zawsze miał pełną władzę nie tylko nad ziemią, ale i całym wszechświatem. Czy oznacza to, że wszystko, co się we wszechświecie dzieje, jest zgodne z Jego doskonałą wolą? Najwyraźniej nie. Boża władza nad światem nie przeszkodziła Lucyferowi w buncie. Bóg bez wątpienia miał pełną władzę nad ogrodem Eden i jego mieszkańcami, a mimo to nie zapobiegł buntowi Adama i Ewy. Skąd więc ten pomysł, że skoro wskutek śmierci i zmartwychwstania Chrystusa została Mu dana wszelka moc, to chrześcijanie mają prawo przejąć całą władzę nad światem w Jego imieniu? Królestwo Boże nie szerzy się mocą przymusu, lecz dzięki odkupieńczemu dziełu Chrystusa i mocy Ducha Świętego, który mieszka w wierzących.
Chrystus nie obiecywał bynajmniej swym uczniom, że zdobędą władzę nad światem - uprzedził ich za to, że będą przez mieszkańców tegoż świata nienawidzeni, prześladowani i zabijani. I tak się działo. Prawdziwi wierzący zawsze doznawali cierpień z rąk świata, dokładnie według zapowiedzi Chrystusa. Biblia zapowiada, że to Antychryst zaprowadzi na świecie swoje królestwo. Co więcej, cały świat odda mu cześć. Będzie on toczył wojnę ze świętymi i pokona ich, a na końcu poprowadzi armie świata przeciwko Izraelowi. Wtedy - pod Armagedonem - Chrystus będzie musiał osobiście wkroczyć, aby zapobiec wyniszczeniu wszelkiego życia na ziemi. Nie mogę się jakoś w tym dopatrzyć zdobycia świata przez chrześcijan.

The Berean Call  grudzień 1996.
(za uprzejmą zgodą Wydawców).

            

                

        
                    

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl