Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

Błogosławieni ubodzy w duchu

                                    

Przed laty urządziliśmy z przyjaciółmi małą naradę. Postanowiliśmy zbadać w Piśmie Świętym, kto może liczyć na wejście do nieba, i czy trafi do Królestwa Bożego ktoś, kto nie mówi językami (nie posiada daru Ducha wymienionego w Nowym Testamencie).
Po rozważeniu i przedyskutowaniu sprawy orzekliśmy, że nie: Kto nie mówi językami, najprawdopodobniej nie może liczyć na miejsce w Królestwie Niebieskim. Odetchnęliímy z ulgą: każdy z nas mówił językami, tak nam się przynajmniej zdawało. W głębi serca pomyśleliśmy od razu o tym czy innym znajomym chrześcijaninie, który nie rozwinął się duchowo na tyle, żeby posiąść bezcenny dar. Ot, biedak, rozczaruje się. Lecz cóż, skoro nie ma Ducha Świętego, którego obecności dar języków jest główną oznaką...
Od tamtego czasu każdy z nas zdążył już chyba zmienić zdanie. Z upływem lat wzrosło nieco nasze poznanie Pana, z większym szacunkiem, starannością i nabożeństwem zaczęliśmy też odczytywać to, co pozostawił dla nas w swoim Słowie. Dziś już nie odważylibyśmy się chyba tak energicznie ubierać w biblijne wersety teorii własnego pomysłu.
Nie zmieniło się chyba tylko jedno: Wciąż od nowa zadajemy sobie pytanie: Co podoba się Bogu? Kto może liczyć na to, że znajdzie się u Niego w niebie? Jak poznać, że naprawdę jestem obywatelem Królestwa Bożego?

Jak podobać się Bogu?
Jako ludzie mamy na ten temat oczywiście własne teorie. Najczęściej wyznawaną, także wśród chrześcijan, jest teoria „gigantów duchowych”, zaczerpnięta wprost z religii pogańskich. Wedle tej teorii Bogu najbardziej podoba się właśnie gigant duchowy, ktoś, w czyim życiu niemal gołym okiem widać nadprzyrodzoność. Taki ktoś modląc się ma wizje Boga i słyszy Jego głos, jego słowa są pełne niezwykłej mądrości i mocy, tak że słysząc je ludzie płaczą i drżą, to co czyni, jest wspaniałe, niezwykłe, nieraz - ewidentny cud... Gdy patrzy nam w oczy, zdaje się przenikać naszą duszę. Taki ktoś, „gigant duchowy”, jest naszym zdaniem na pewno blisko Boga i bez wątpienia musi się Mu bardzo podobać, skoro został tak hojnie obdarzony. Toteż i my staramy się podążać jego śladami: poszukujemy duchowych wrażeń, pragniemy pozyskać wyższą mądrość i wiedzę, wyrobić w sobie wiarę, abyśmy byli w stanie czynić wielkie rzeczy...
Lecz czy „gigantyzm duchowy” to bilet do Królestwa? Pozostawmy na razie to pytanie bez odpowiedzi; zachęcam oczywiście do zbadania sprawy w świetle Słowa Bożego.

Jedno wiadomo - i co dalej?
Na podstawie Słowa Bożego jedno wiadomo na pewno: że niezbędna jest wiara w Jezusa Chrystusa, bo bez niej - jak uprzedził Bóg - nie można się Jemu podobać.
Cóż, skoro bardzo wielu ludzi mówi, że wierzy. Dwie osoby mające siebie za chrześcijan mogą wieść tak różne życie i mieć tak różne zdania na istotne tematy, że zaczynamy się zastanawiać nad jeszcze innym kryterium oceny, kto podoba się Bogu.
Może nieraz zastanawiamy się nawet nad samym sobą? Owszem wierzymy w Jezusa Chrystusa - tak mówimy wszystkim naokoło i tak o sobie samym sądzimy - ale czy nie jesteśmy przypadkiem obłudni? Może oszukujemy samych siebie? Co będzie, gdy nagle przed obliczem Najwyższego okaże się, że nasza rzekoma wiara była martwa?
Tym, którzy miewają takie wątpliwości, którzy zadają sobie pytanie: Co robić, żeby podobać się Bogu?, polecam zajrzeć do Biblii - bo Słowo Boże jest ostrzejsze niż obosieczny miecz, „zdolne osądzić zamiary i myśli serca”. Ono podpowie, co robić, żeby podobać się Bogu, i jakim trzeba być, aby w spokoju serca oczekiwać na spotkanie z Panem.

Odpowiedź czarno na białym
Otwieramy Nowy Testament i już na początku zauważamy słowa: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios.”
Oto i mamy odpowiedź na nasze wątpliwości, podaną czarno na białym: „ich jest Królestwo Niebios”!
Komu to Jezus daje taką pewność, pewność znalezienia się w Jego królestwie? Ludziom ubogim w duchu.
Ciekawe wyrażenie. Instynktownie wyczuwamy, że nie chodzi tutaj o sknerowatą osobę, która śpi na złotych dukatach, ale drży, żeby nie wydać grosza, bo przekonała i innych, i samą siebie, że jest biedna jak mysz kościelna. A więc: fizycznie bogata, ale w duchu - uboga...
Jeśli to nie ktoś taki, to kto?
Kim jest ten ubogi w duchu, który może się już teraz cieszyć nadzieją Królestwa Niebieskiego?
W miejscu naszego słowa „ubogi” greka używa określenia ptochos. To słowo mocniejsze, oznaczające nie jakiegoś tam ubogiego, który wprawdzie ledwie wiąże koniec z końcem, ale swoją godność ma. Grecki ptochos to żebrak. Nędzarz z dna społecznego, żyjący z tego, co mu ktoś litościwie ciśnie. Określenie pochodzi od źródłosłowu »kulić się«, »chylić się«, »uniżać się«.
Kim jest ten „żebrak duchowy”, któremu obiecano niebo? Zgodnie ze znaczeniem słowa „żebrak” wnioskujemy, że jest to ktoś, kto nie posiada żadnych duchowych majętności, kto duchowo jest na krawędzi śmierci, martwy. Przy życiu pozostaje tylko i wyłącznie dlatego, że pojąwszy swój beznadziejny stan, stan śmierci duchowej, wyciągnął i wciąż wyciąga dłoń do Dawcy Życia, wiedząc, że jego życie bądź śmierć zależą tylko od łaski Dobrodzieja. I tylko łaskawe serce tego Dawcy jest jego jedną jedyną nadzieją.

Psalmy - błaganie żebraka
Pojęcie „duchowego żebraka” znajdującego upodobanie w oczach Boga, nie jest wynalazkiem Jezusa. Czytając Psalmy, spostrzegamy, że Bóg, do którego psalmista woła, jest Bogiem uciśnionych, nieszczęśliwych, ubogich i sierot. „Westchnień biedaków wysłuchujesz, Panie; utwierdzasz ich serca, nastawiasz uważnie ucha swego, aby bronić prawa sieroty i uciśnionego...”
Czy wystarczy więc być nieszczęśliwym i ubogim, by spodobać się Bogu?
Nie - w Psalmach widać wyraźnie: Bogu podoba się ten, kto do Niego woła, kto Go szuka, kto od Niego oczekuje pomocy. W Psalmach czytamy: „Nie opuszczasz, Panie, tych, którzy Cię szukają” (9,11). „...teraz powstanę, mówi Pan, zgotuję zbawienie temu, kto pragnie” (12,6). Żebrak, ale wołający do Boga: „Zmiłuj się nade mną, Panie, bom jest słaby” (6,3). Żebrak wołający do Boga nie tylko dlatego, że cierpi głód, chłód czy prześladowanie, ale przede wszystkim dlatego, że lęka się o swoją przyszłość, że nie chce po śmierci na wieki pozostać w Otchłani, z dala od Boga.
Nie umie sobie zasłużyć na zbawienie, nie umie wybawić się sam. Woła do Boga: „Winy moje wyrosły ponad głowę moją, są jak wielki ciężar, zbyt ciężki dla mnie” (38,5). „W Tobie jest nadzieja moja. Ratuj mnie od wszelkich występków moich!” (39,8-9) Duchowy żebrak wie, że „okup za duszę jest zbyt drogi i nie wystarczy nigdy, by mógł żyć dalej i nie oglądał grobu” (49,9-10). Toteż z głębi udręczonego serca woła do Boga, prosząc Go o jałmużnę, znikądinąd nie oczekując pomocy.
Taki ktoś podoba się Bogu.
Psalm 34 ma sporo do powiedzenia o ubóstwie ducha i o jego owocach:

Ten  biedak wołał, a Pan słuchał i wybawił go z wszystkich ucisków jego...
Skosztujcie i zobaczcie, że dobry jest Pan: Błogosławiony człowiek, który u Niego szuka schronienia...
Bliski jest Pan tym, których serce jest złamane, a wybawia utrapionych na duchu...

Jeśli ktoś lęka się śmierci wiecznej, niech weźmie sobie do serca słowa: „Nie będą ukarani ci, którzy Mu ufają” (34,23).
Ubodzy w duchu, wyciągający drżącą żebraczą rękę do Boga, nie mają się czego lękać, ukryci w cieniu Jego skrzydeł. Słowo Boże ma dla nich cudowne, krzepiące obietnice:

Oto oko Pana jest nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, którzy spodziewają się łaski Jego, aby ocalić od śmierci dusze ich i  podczas głodu zachować przy życiu.
Dusza nasza oczekuje Pana, On pomocą naszą i tarczą naszą...
Niech spocznie na nas łaska Twoja, Panie, ponieważ w Tobie mamy nadzieję [Ps 33,18-22].

Kościoły bogate, kościoły biedne
„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios.” Nawet wśród chrześcijan zwących się ewangelikalnymi werset ten został dziś zapomniany. Właściwie każdy zna go na pamięć, ale mało kto traktuje go poważnie.
Ulegliśmy modzie na „gigantyzm duchowy”, zatykając uszy na proste, jasne słowa Pana, który nie chciał, abyśmy mieli wątpliwości co do tego, jak spodobać się Bogu. Puszczamy się w pogoń za „duchowymi osiągnięciami”, które budzą na pewno podziw bliźnich - ale czy również podobają się Bogu? „Duchowe żebractwo” nie jest dziś w cenie - w cenie jest duchowe bogactwo.
W tym miejscu przypominają się jednak ostrzeżenia zawarte w listach skierowanych przez Pana Jezusa do kościołów. Czytamy je w Księdze Objawienia.
Wśród adresatów listów znajdujemy pewien kościół, o którym sam Pan Jezus wydaje świadectwo: „Niewielką masz moc”. Znajdujemy tam też inny kościół, kościół „duchowo zaawansowany”, „duchowo bogaty”. Ciekawe, który z tych dwóch kościołów podoba się Panu bardziej? Zapewne ten drugi, ten, który „niczego nie potrzebuje”, a nie ten, który „niewielką ma moc”...?
Okazuje się jednak, że Bóg ma inne kryteria oceny. Samodzielność i samowystarczalność nie są cechami godnymi polecenia, jeśli chodzi o sprawy duchowe. Kościół w Laodycei, stojący mocno na nogach, silny, pewny siebie, słyszy z ust Pana:

Mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły. Radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i abyś przyodział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja, oraz maści, by nią namaścić oczy twoje, abyś przejrzał.

Taką radę otrzymuje od Pana „gigant duchowy”, „duchowy bogacz”, który nie widzi potrzeby stania się duchowym żebrakiem.
A ten, który „niewielką ma moc”? Czy otrzyma od Pana nakaz „duchowego rozwoju”, „duchowego ubogacenia się”? Nie. Usłyszy tylko: „Przyjdę rychło; trzymaj, co masz, aby nikt nie wziął korony twojej”. Otrzyma także od Pana szczególne dary i obietnice, jakich nie dano żadnemu z pozostałych adresatów - gigantów duchowych.
Wśród adresatów listów z Apokalipsy widać dziwną doprawdy prawidłowość: tylko dwa spośród nich nie otrzymują od Pana nagany - i oba są kościołami niepozornymi. O pierwszym, Smyrnie, Pan mówi: „Znam ucisk twój i  ubóstwo, lecz tyś  bogaty”! Kościoła tego nie chwali Pan za żaden czyn, nie dowiadujemy się o żadnym jego chwalebnym osiągnięciu - a mimo to słyszy on z ust Pana takie świadectwo o sobie: „Tyś  bogaty”! Drugi kościół nie zganiony przez Pana to ten już wspomniany, Filadelfia, która „niewielką ma moc”.

Pozostałe pięć kościołów Apokalipsy to duchowi giganci. Czyny i postawa większości robią wrażenie nie tylko na nas, wierzących dziś, ale zyskały uznanie samego Pana. Otrzymują one od Pana takie na przykład zasłużone pochwały: „Znam uczynki twoje i trud, i wytrwałość twoją, i wiem, że nie możesz ścierpieć złych, i że doświadczyłeś tych, którzy podają się za apostołów, a nimi nie są, i stwierdziłeś, że są kłamcami. Masz też wytrwałość i cierpiałeś dla imienia Mego, a nie ustałeś.”
Mimo takich czynów i takich pochwał okazuje się, że wszyscy duchowi giganci są w autentycznym duchowym niebezpieczeństwie - to oni właśnie otrzymują naganę od Pana i ostrzeżenie: „Przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie upamiętasz.”

Okazuje się więc, że to nie duchowy gigantyzm jest miły w oczach Pana. Wręcz przeciwnie, pewność siebie i samodzielność w obcowaniu z Bogiem to prosta droga do zaślepienia, nie mająca nic wspólnego z duchowym żebractwem, które jako jedyne zapewnia nam miejsce w Królestwie Niebios.
Napominane przez Pana wielkie kościoły Apokalipsy miały na swoim koncie naprawdę chwalebne dokonania. W pewnym sensie można nawet zrozumieć, dlaczego usiadły na laurach i pogrążyły się w samozadowoleniu - przecież czyniły to, co podoba się Panu.
Ich czyny były godne pochwały, ale postawa serca - już nie.

Różne miary, różne wyniki
Cóż jednak pomyśleć o tendencjach, za którymi podążamy dziś? Duchowy gigantyzm jest nadal w modzie, jak niegdyś - ale jest o ileż żałośniej biedny i ślepy, i goły! Brak mu nie tylko właściwej, żebraczej postawy serca wobec Boga - brak mu także czynów, które by się Bogu podobały. Czyny, którymi chcemy dziś dowodzić swojej dojrzałości duchowej, zyskują na pewno podziw ludzi, lecz czy także Boga?
Słynny amerykański ewangelista katolicki szczyci się pewnością zbawienia, ponieważ odbył odpowiednią ilość pielgrzymek do Lourdes i Fatimy. Dla innych pewnym biletem do Królestwa Niebios jest duża liczebność kościoła, któremu przewodzą, ilość wypędzonych demonów, liczba osób nawróconych pod wpływem głoszenia przez nich Ewangelii, rejestr chorych wyleczonych dzięki ich modlitwie, łączna długość wygłoszonych kazań i pogadanek, liczba spotkań chrześcijańskich prowadzonych w ciągu tygodnia, kaliber wizji otrzymywanych od Boga, obfitość darów Ducha Świętego, jakimi się posługują, i tak dalej.
Czy są to wszystko czyny złe? W większości nie; niejeden z nich otrzymałby na pewno pochwałę od Pana. Ale to nie one sprawiają, że podobamy się Bogu, nie one zapewniają nam miejsce w Królestwie Niebios. Jeśli za ich właśnie pomocą chcemy mierzyć swój duchowy poziom, to dołączmy do tego sprawdzianu jeszcze jeden mały test.
Także w Kazaniu na Górze Jezus ostrzegł:

Nie każdy, kto do Mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca Mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu Twoim i w imieniu Twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu Twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem...

Pewność siebie w sprawach duchowych nie popłaca; o ileż lepiej być tu biednym, skulonym żebrakiem! Warto słuchać ostrzeżeń Pisma, takich choćby jak to z Psalmu 49: „Taka to jest droga tych, którzy żyją w błędnej pewności siebie, i taki koniec tych, którym własna droga się podoba. Pędzą jak owce do otchłani, śmierć jest pasterzem ich.”
Do ludzi przekonanych o swoim duchowym bogactwie należał też faryzeusz z przypowieści Jezusa.
Faryzeusze wskutek obrazu, jaki ukazują nam ewangelie, kojarzą się dziś z obłudą, pychą i grzesznością w oczach Bożych. Taka ocena spotkała ich z ust Jezusa.
Lecz czy my wypadlibyśmy lepiej? Czy naprawdę nie pokładamy ufności we własnej sprawiedliwości, w swym gigantyzmie duchowym, i czy nie wykręcamy Słowa Bożego tak, jak nam jest wygodnie? Czy przekonani o własnej dojrzałości duchowej nie patrzymy z pogardą na „duchowych żebraków”, na ludzi takich jak celnik? Czy nie daliśmy się zachłysnąć językami duchowymi, którymi rzekomo mówimy, demonem, którego rzekomo wypędziliśmy, głosem Bożym, który rzekomo usłyszeliśmy, autorytetem, jakim cieszymy się wśród innych? Nie to daje nam wejście do Królestwa Bożego!

I powiedział także do tych, którzy pokładali ufność w sobie samych, że są usprawiedliwieni, a innych lekceważyli, to podobieństwo:
Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik.
Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił: Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik.
Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku.
A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu.
Powiadam wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie...

Czy Dawid czymś się zasłużył?
Dawid, którego Bóg - patrzący na ludzkie serca - wybrał na protoplastę Mesjasza Pana, nie był bynajmniej typem duchowego giganta. Zdarzało mu się grzeszyć, często i bardzo. Ogarnia nas pokusa, aby patrząc na jego grzech z Batszebą odetchnąć z ulgą i mruknąć: „Głupi Dawid! Mnie by się to nigdy nie przytrafiło!” A przecież napomniano nas: „Niech ten, kto stoi, baczy, żeby nie upadł.”
Dawid znalazł upodobanie w Bożych oczach rzecz jasna nie z powodu swoich grzechów, ale dlatego, że był świadomy swego żebraczego stanu. Nie naśladujmy go w jego grzechach - bo i tak własnych u nas dostatek - ale naśladujmy go w jego postawie żebraczej. W tym, że tylko od Boga samego oczekiwał pomocy, i to zarówno ratunku przed potęgą wrogów, jak i przede wszystkim wybawienia swej duszy, której czystość - o czym Dawid wiedział - nie była w oczach Bożych warta funta kłaków. Rozumiał, że nawet jeśli ma być w nim cokolwiek dobrego, będzie to również łaską od Boga. Dlatego modlił się Dawid-duchowy żebrak: „Niech znajdą upodobanie słowa ust moich i myśli serca mego u ciebie, Panie” (Ps 51).
Dawid wie, że jego szansa tylko w Bogu, w tym, czym On go obdarzy: „Pokrop mnie hizopem, a będę oczyszczony; obmyj mnie, a ponad śnieg bielszy się stanę”. Zgrzeszywszy w sposób ohydny, nie oferuje Bogu pielgrzymek, pokut i ofiar. „Całopalenia, choćbym Ci je dał, nie zechcesz przyjąć” - pisze. A potem dodaje: „Ofiarą Bogu miłą jest duch skruszony, sercem skruszonym i zgnębionym nie wzgardzisz,  Boże”.

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios.” Ciekawe, że takie właśnie słowa wypowiedział Jezus na samym początku Kazania na Górze. Na początku mów, przemówień czy kazań wypowiada się zwykle słowa najważniejsze, główną tezę, motto wszystkiego, co chcielibyśmy powiedzieć. Coś, o czym powinien się dowiedzieć każdy nasz słuchacz, zanim zdecyduje się odejść, zatkać uszy czy wyłączyć radio.
Jezus na początku swojego najdłuższego, najsłynniejszego kazania mówi: „BŁOGOSŁAWIENI UBODZY W DUCHU, ALBOWIEM ICH JEST KRÓLESTWO NIEBIOS.”

Orla

                                                                      

  

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl