Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

Pewność krzyża

                                    

„Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus...” (Gal 2,20; BW).
Środowiska antychrześcijańskie chętnie pozbyłyby się wszelkich publicznie widocznych symboli krzyża. Krzyż jednak wciąż widnieje - na wieżach kościołów, w procesjach religijnych, często wykonany ze złota, a nawet wysadzany klejnotami. Najczęściej jednak możemy go oglądać w postaci wisiorka dyndającego na łańcuszku czy w uchu. I zastanawiamy się, za sprawą jakiej to przedziwnej alchemii szorstki, poplamiony krwią krzyż, na którym Chrystus cierpiał i umierał za nasze grzechy, zrobił się czyściutki i błyszczący.

Krzyż nie jest magicznym znakiem
Bez względu jednak na modłę, w jakiej jest przedstawiony, czy to jako biżuteria, czy graffiti, krzyż pozostaje powszechnie rozpoznawanym symbolem chrześcijaństwa. I w tym wielki problem. Dlatego że to raczej krzyż sam w sobie niż to,  co się na nim dokonało przed blisko 20 wiekami, skupia dziś na sobie uwagę. A to prowadzi do szeregu poważnych błędów. Święty, a nawet rzekomo wyposażony w tajemnicze magiczne moce stał się dziś sam kształt krzyża, wymyślony przecież przez pogan do zadawania okrutnej śmierci. Zrodziło się fałszywe przekonanie, że już sam widok krzyża zapewnia Boską ochronę. Miliony ludzi przesądnie wieszają krzyże w swych domach albo na szyi, albo też czynią „znak krzyża”, by odpędzić zło i odstraszyć demony. Lecz demony lękają się Chrystusa, a nie krzyża; i każdy, kto wywiesza krzyż nie będąc samemu ukrzyżowanym z Chrystusem, czyni to na próżno.
Apostoł Paweł stwierdził: „Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1,18). Moc krzyża tkwi zatem nie w jego  widoku,  ale w  głoszeniu go, a głoszenie to nie ma nic wspólnego z takim czy innym kształtem tego przedmiotu, lecz jedynie ze śmiercią Chrystusa na nim, jak to zwiastuje Ewangelia. Ewangelia jest „mocą Bożą ku zbawieniu każdego, kto wierzy” (Rz 1,16), nie zaś tych, którzy w taki czy inny sposób wystawiają krzyż na widok publiczny.
Czym jest ta zbawiająca Ewangelia? Paweł tłumaczy jasno: „A przypominam wam, bracia, Ewangelię, którą wam zwiastowałem [...] i przez którą zbawieni jesteście, [...] że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism i że został pogrzebany, i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism...” (1 Kor 15,1-4). Dla wielu szokiem jest odkrycie, że w tej Ewangelii nawet nie wspomniano słowa „krzyż”. Dlaczego? Dlatego że krzyż sam w sobie nie ma znaczenia dla naszego zbawienia. Chrystus musiał wprawdzie umrzeć śmiercią krzyżową, aby wypełnić proroctwo zapowiadające sposób uśmiercenia Mesjasza (Ps 22), nie dlatego jednak, jakoby sam krzyż miał znaczenie dla naszego odkupienia. Podstawową wagę miało przelanie krwi Chrystusowej, zapowiadane już w ofiarach Starego Testamentu, bo „bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia [grzechów]” (Hbr 9,22), „gdyż to krew dokonuje przebłagania za życie” (3 Mojż/Kpł 17,11).

Probierz nienawiści i probierz miłości
Nie chcę przez to powiedzieć, że sam krzyż jest zupełnie pozbawiony znaczenia. To, że Chrystus musiał zostać przybity do krzyża, świadczy o przerażającym rozmiarze zła drzemiącego w sercu każdego człowieka. Przybicie do krzyża nagiego człowieka i wystawienie go na widok publiczny, ażeby konał powolną śmiercią pośród wtóru niekończących się drwin i szyderstw gapiów, to najokrutniejsza, najbardziej upokarzająca śmierć, jaką można obmyślić. Lecz właśnie to uczynił śmieszny w swej znikomości człowiek swojemu Stwórcy! Powinniśmy upaść na twarz, zdruzgotani ze zgrozy na myśl o tym fakcie - do krzyża przybiła Chrystusa bowiem nie tylko rozwrzeszczana, spragniona krwi tłuszcza i nie tylko bezwzględni żołnierze, ale przybiły Go tam nasze własne grzechy!
Krzyż zatem pozostaje na całą wieczność świadkiem straszliwej prawdy, iż pod gładką fasadą człowieczego cywilizowania i wykształcenia kryje się serce, które jest „podstępne [...] bardziej niż wszystko inne i zepsute” (Jer 17,9), zdolne do niewyobrażalnego zła, i to nawet względem Boga, który je stworzył i miłuje i który w swej cierpliwości nie przestaje się o nie troszczyć. Czy jest człowiek, który wątpi w przewrotność swego serca? Niechaj taki ktoś spojrzy na krzyż, a skrzywi się z obrzydzenia na myśl o tym, co w nim samym tkwi! Nie dziwię się wcale, że dumni humaniści nienawidzą krzyża.
Obnażając to, co w człowieku złe, krzyż zarazem jednak lepiej niż cokolwiek innego ukazuje dobroć, miłosierdzie i miłość Bożą. Oto w obliczu tak niepojętego zła, tak diabolicznej nienawiści Pan chwały, który jednym słowem mógł zniszczyć całą ziemię i wszystko, co na niej, dał z siebie szydzić, pozwolił się fałszywie oskarżyć, ubiczować i przybić do krzyża! „Uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Gdy człowiek posuwał się do najgorszego, Bóg odpowiedział miłością, nie tylko oddając się w ręce swych prześladowców, ale i biorąc na siebie nasze grzechy i sąd, który sprawiedliwie powinien był spaść na nas.
W tym miejscu pojawia się kolejny poważny problem związany z symbolem krzyża, obecnym przede wszystkim w katolickim krucyfiksie, ukazującym Chrystusa nieustannie ukrzyżowanego, podobnie jak jest On nieustannie krzyżowany podczas mszy. W teologii tej nacisk kładzie się na fizyczne cierpienia Chrystusa, tak jak gdyby to one były zapłatą za nasze grzechy. Lecz przecież cierpienia krzyżowe Chrystusa zostały Mu zadane przez człowieka i mogą tylko przemawiać przeciwko nam! Nasze odkupienie dokonało się, bo Mesjasz „za występek Mojego ludu śmiertelnie został zraniony” (Iz 53,8), bo „złożył swoje życie w ofierze” (w. 10), bo „PAN Jego dotknął karą za winę nas wszystkich” (w. 6), bo „ofiarował na śmierć swoją duszę [...] [i] poniósł grzech wielu” (w. 12; por. 1 P 2,24).

Jedyny ratunek
Śmierć Chrystusa to niepodważalny dowód, że sprawiedliwy Bóg nie może pozostawić grzechu bez kary, że kara musi zostać poniesiona - w przeciwnym razie nie będzie przebaczenia. Fakt, że Syn Boży musiał pójść na krzyż, i to pomimo tego, że cierpiąc wewnętrzne katusze wołał do Ojca, aby Mu oszczędził niesienia naszych grzechów: „Ojcze Mój, jeśli można, niech Mnie ten kielich minie...”; Mt 26,39), świadczy o tym, że nie było innego sposobu odkupienia ludzkości. Kiedy Chrystus, bezgrzeszny, doskonały człowiek i umiłowany Syn swego Ojca, zajął nasze miejsce na krzyżu, sąd Boży wylał się na Niego z całą zapalczywością. Jak straszliwy zatem czeka sąd tych, którzy Chrystusa odrzucą i nie przyjmą Jego przebaczenia! Musimy ich ostrzec!
Ostrzegając jednak o nadchodzącym sądzie głośmy zarazem dobrą nowinę: że odkupienie już zostało zapewnione i że przebaczenie jest dostępne dla najgorszych nawet grzeszników. Nie ma bowiem czynu gorszego niż ukrzyżowanie Boga! A jednak to z krzyża Chrystus w nieskończonej miłości i miłosierdziu prosił: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Krzyż zatem dowodzi również, że przebaczenie jest dziś dostępne dla najgorszych grzeszników i za najgorsze grzechy.

Makijaż krzyża?
Niestety, przeważająca większość rodzaju ludzkiego odrzuca Chrystusa. Tu widzimy kolejne niebezpieczeństwo: że w szczerym pragnieniu pozyskania dusz będziemy zmieniać poselstwo o krzyżu tak, aby przypadkiem nie zgorszyć świata. Apostoł Paweł przestrzegał, aby nie zwiastować krzyża „w mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy” (1 Kor 1,17). Ale przecież - myślimy sobie - na pewno można wyjaśniać Ewangelię na nowe sposoby, bardziej docierające do bezbożnych niż te, które proponowali dawni kaznodzieje. Być może - rozważamy - dałoby się zastosować nowoczesne techniki promocji i sprzedaży, przybrać krzyż w muzykę, porywający rytm czy jakąś formę rozrywki, tak aby Ewangelia nabrała dla świata znaczenia albo przynajmniej jakiegoś swojskiego wyglądu. Może by też zaczerpnąć z psychologii i zastosować bardziej pozytywne podejście? Nie wytykajmy grzesznikom ich grzechu i nie straszmy ich sądem, ale raczej wyjaśniajmy, że nie są winni takiemu czy innemu swemu zachowaniu, bo to skutek przykrych przeżyć z dzieciństwa. Bądź co bądź, czyż każdy z nas nie jest ofiarą? I czy Chrystus nie przyszedł po to, aby wyzwolić nas z pozycji ofiary i naprawić w nas zaniżone poczucie własnej wartości i wiarę w siebie? Połączmy krzyż z psychologią, a świat zaraz wydepcze ścieżki do naszych kościołów, które wypełnią się mnóstwem nowych członków!
Takie jest dzisiejsze pojęcie ewangelizacji.
Sprzeciwiając się takiej defraudacji Ewangelii A.W. Tozer pisał: „Jeśli dobrze widzę, krzyż popularnego ewangelikalizmu nie jest krzyżem Nowego Testamentu. Jest to raczej nowa świecąca ozdóbka na łonie zadowolonego z siebie, cielesnego chrześcijaństwa. [...] Stary krzyż uśmiercał ludzi - nowy krzyż dostarcza im rozrywki. Stary krzyż potępiał - nowy krzyż bawi. Stary krzyż niszczył ufność pokładaną w ciele - nowy krzyż do niej zachęca. [...] Ciało, uśmiechnięte i pewne siebie, głosi i śpiewa o krzyżu, przed krzyżem tym kłania się i ku niemu wskazuje starannie wyreżyserowanymi gestami - lecz nie chce na tym krzyżu umrzeć, a jego hańby uparcie odmawia nosić”.

Krzyż to jednak narzędzie śmierci
Oto sedno sprawy. Ewangelia ma na celu uczynić z moim ja to, co krzyż czynił z tymi, którzy na nim zawiśli: uśmiercić je. Z powodu tej właśnie dobrej nowiny radował się Paweł: „Ukrzyżowany jestem z Chrystusem!” Krzyż nie jest wyjściem ewakuacyjnym z piekła do nieba, ale miejscem, gdzie umieramy w Chrystusie. Bo tylko wtedy możemy „doznać mocy zmartwychwstania Jego” (Flp 3,10) - zmartwychwstać może tylko umarły. Jaką radością napełnia ta obietnica każdego, kto pragnie wyzwolić się od zła swego własnego serca i życia - i jakim fanatyzmem wydaje się to tym, którzy wolą kurczowo trzymać się swojego ja i głoszą to, co Tozer nazywa „nowym krzyżem”.
Paweł oznajmił, że w Chrystusie chrześcijanin zostaje ukrzyżowany dla świata, a świat dla niego (Gal 6,14). Mocno powiedziane! Ten świat nienawidził i ukrzyżował naszego Pana, którego miłujemy, a czyniąc to, ukrzyżował także nas. Opowiedzieliśmy się za Chrystusem. Świat, jeśli chce, może nam uczynić to, co uczynił Jemu, my jednak już nigdy nie staniemy po stronie jego samolubnych żądz i ambicji, jego bezbożnych norm i pysznych zamysłów, aby tworzyć utopię bez Boga, z pogardą względem wieczności.
Wierzyć w Chrystusa to przyznać, że na śmierć, jaką za nas poniósł, zasługiwaliśmy my. Dlatego też kiedy Chrystus umarł, i my umarliśmy z Nim: „...doszliśmy do tego przekonania, że jeden za wszystkich umarł; a zatem wszyscy umarli; a umarł za wszystkich, aby ci, którzy żyją, już nie dla siebie samych żyli, lecz dla tego, który za nich umarł i został wzbudzony” (2 Kor 5,14-15).

Krzyż daje zwycięstwo
„Ale ja nie umarłem” - odrzeknie ktoś szczerze. - „Moje ja miewa się nader dobrze”. Apostoł Paweł też przyznał: „Albowiem nie czynię dobrego, które chcę, tylko złe, którego nie chcę, to czynię” (Rz 7,19). Co więc w codziennym życiu mają oznaczać słowa: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany”? Nie znaczy to, że w sposób automatyczny stajemy się „umarli dla grzechu, a [...] żyjący dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,11). Mamy wolną wolę i wciąż dokonujemy wyborów.
Jaką zatem chrześcijanin posiada moc nad grzechem, która nie byłaby dostępna dla buddysty czy człowieka moralnego? Po pierwsze, mamy pokój z Bogiem „przez krew krzyża Jego” (Kol 1,20). Kara została zapłacona w pełni, nie usiłujemy więc już żyć moralnie ze strachu przed potępieniem, lecz żyjemy tak z miłości ku Temu, który nas zbawił. „Miłujmy więc, gdyż On nas przedtem umiłował” (1 J 4,19). Miłość skłania miłującego do podobania się za wszelką ceną Temu, którego kocha. „Jeśli kto Mnie miłuje, słowa Mojego przestrzegać będzie” (J 14,21) - powiedział nasz Pan. Im bardziej rozmyślamy nad ofiarą krzyżową i nad ceną, jaką nasz Pan zapłacił za nasze odkupienie, tym mocniej będziemy Go miłować, a im mocniej Go miłujemy, tym bardziej będziemy pragnęli podobać się Mu.
Po drugie, zamiast zmagać się z grzechem, przyjmujemy w wierze, że umarliśmy w Chrystusie. A umarli nie ulegają pokusie. Nasza wiara nie opiera się na zdolności do postępowania jak osoba ukrzyżowana, lecz na fakcie, że Chrystus został ukrzyżowany raz na zawsze, ponosząc pełną karę za nasze grzechy.
Po trzecie, stwierdziwszy, że został ukrzyżowany z Chrystusem, Paweł dodaje: „...żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus, a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie” (Gal 2,20). „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie” (Rz 1,17; Gal 3,11; Hbr 10,38) w Chrystusie; niechrześcijanin natomiast może pokładać wiarę jedynie w samym sobie albo też w jakiejś technice samorozwoju, albo w fałszywym guru.

Ofiara dokonana
Niestety, przedmiotem wiary katolickiej nie jest odkupienie dokonane przez Chrystusa raz na zawsze na krzyżu, lecz eucharystia, mająca być tą samą ofiarę co ofiara krzyżowa i mająca za każdym razem udzielać odpuszczenia grzechów i nowego życia. Mówi się, że w rękach kapłana dokonuje się przeistoczenie opłatka i wina w dosłowne ciało i krew Chrystusa, dzięki czemu krzyżowa ofiara Chrystusa nigdy się nie kończy.
Jednakże niemożliwym jest przecież uczynienie wydarzenia dokonanego w przeszłości wydarzeniem teraźniejszym. Co więcej, jeśli wydarzenie dokonane w przeszłości wypełniło swój cel, to nie ma potrzeby przedłużania go w teraźniejszości, nawet jeśli takie przedłużanie byłoby faktycznie możliwe. Jeśli na przykład jakiś dobroczyńca spłaci dług za jakiegoś dłużnika, dług ten przestaje istnieć na zawsze. Bezsensownym byłoby mówienie o potrzebie ponawiania tegoż aktu spłaty długu w teraźniejszości. Bez wątpienia można ten szlachetny czyn mieć przez cały czas w żywej  pamięci, lecz nikomu do niczego nie przyda się  powtarzanie aktu spłacania spłaconego długu, bo dług ten przestał istnieć.
Wołając z triumfem: „Dokonało się!”, Chrystus użył greckiego sformułowania oznaczającego pełną spłatę długu. A mimo to nowy Katechizm Kościoła Katolickiego głosi: „Eucharystia jako ofiara jest także składana na wynagrodzenie za grzechy żywych i zmarłych, a także by otrzymać od Boga duchowe i doczesne dary” (pkt. 1414; Pallottinum 1994). To tak, jakbyśmy nie przestawali płacić rat za w pełni spłacony dług. Eucharystia jest więc zaprzeczeniem wystarczalności zapłaty Chrystusa, złożonej na krzyżu za grzech! Katolik żyje w niepewności, nigdy nie wiedząc, ile jeszcze mszy potrzeba, aby dostał się do nieba.
W podobnej niepewności żyje też wielu protestantów, lękając się, że wskutek nie dość poprawnego życia bądź utraty wiary, czy też odwrócenia się od Chrystusa mogą pójść na potępienie.
Lecz w krzyżu jest błogosławiona pewność, nie pozostawiająca miejsca na takie wątpliwości. Chrystus nie musi już nigdy więcej być ukrzyżowanym, ani też ci, którzy zostali „ukrzyżowani z Chrystusem”, nie mogą zostać „odkrzyżowani”, a potem „ukrzyżowani ponownie”! Apostoł Paweł ogłasza: „Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu” (Kol 3,3). Oto prawdziwa pewność na teraz i na wieki!


The Berean Call październik 1995.
(za uprzejmą zgodą Wydawców.
Śródtytuły pochodzą od redakcji).

                            

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl