Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

W co i dlaczego wierzę ?

                                                        
Nowy Testament bardzo często definiuje prawdziwą Ewangelię, broni jej, a jednocześnie potępia wszelkie ewangelie fałszywe. Przyczyna jest oczywista: toczy się bitwa o dusze między Prawdą Bożą i kłamstwem szatana. Wieczny los każdego człowieka zależy od tego, w co on wierzy. Nie można wierzyć w Prawdę i w kłamstwo jednocześnie. Nawet jeśli wierzymy w Boga (kto to jest ten Bóg?) i w to, że Chrystus jest naszym Zbawicielem (co to oznacza?), to jeśli prawda Boża została przez nas częściowo zaprzedana albo całkiem przekręcona, taka ewangelia nie zbawi nas, lecz skaże na wieczne potępienie.
Dlaczego? Czy to nie jest zbyt okrutne? Dlaczego tak ważne miałoby być to, w co wierzymy? Czy nie wystarczą szczere intencje? Lecz z drugiej strony - jak można mieć szczere intencje i jednocześnie wierzyć w kłamstwa szatana zamiast w Prawdę Bożą? Bóg z pewnością dał każdemu z nas zdolność odróżniania jednego od drugiego! Ci zatem, którzy odrzucają Prawdę, skazują siebie sami.

Bóg musi być naszym Zbawcą
Wersety 10-12 Drugiego Listu do Tesaloniczan należą do najbardziej przejmujących i strasznych ustępów Pisma Świętego. Dowiadujemy się z nich, że gdy Antychryst zawładnie ziemią, to na wszystkich, którzy „nie przyjęli miłości prawdy”, ześle Bóg „ostry obłęd, tak iż wierzą kłamstwu, aby zostali osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie”. Czyż można mieć Bogu za złe, że pomoże im uwierzyć w to kłamstwo, któremu tak bardzo wierzyć pragnęli? Potępieni schwytają się w sieć swego własnego buntu i pozostaną na wieczność z kłamstwem, które tak umiłowali. Straszne! Lecz jakże sprawiedliwe! Chrystus umarł, aby ocalić nas przed takim właśnie losem.
Nasz bunt przeciwko nieskończonemu Bogu wymaga nieskończonej kary, której jako skończone stworzenia nie bylibyśmy nigdy w stanie zapłacić. Toteż na wieki pozostalibyśmy oddzieleni od Boga. Bóg nie mógł po prostu „dokonać korekty” w niebieskiej księgowości i przebaczyć nam ot tak, gdyż pogwałciłoby to Jego Sprawiedliwość. Bóg tak umiłował rodzaj ludzki, że poprzez narodziny z dziewicy zstąpił na ziemię i został jednym z nas, aby stać się na krzyżu doskonałą ofiarą za nasze grzechy. W pełni zapłaciwszy karę, jakiej domagała się Jego własna Sprawiedliwość, może teraz prawnie przebaczyć każdemu, kto przyzna się do winy i przyjmie odpuszczenie, które mu się łaskawie oferuje.
Gdy stróż więzienny w Filippi wołał: „Panowie, co mam czynić, abym był zbawiony?”, Paweł i Sylas odpowiedzieli po prostu: „Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony...” (Dz 16,31). Rzecz jasna, chodzi tu o coś więcej niż tylko wiarę w to, że kiedyś żył jakiś Jezus Chrystus. Kim On był? „Pan” oznacza Boga, „Chrystus” zaś Mesjasza, obiecanego w Piśmie. Samo Jego imię wskazuje, iż jest On Bogiem, który stał się człowiekiem, by umrzeć za nasze grzechy według przepowiedni proroków Bożych.
Stary Testament raz po raz ukazuje Boga jako jedynego Zbawcę. Oferuje On Izraelowi wybawienie od wrogów, a wszystkim ludziom - Żydom i nie-Żydom - ocalenie przed sądem za grzech. Czytamy na przykład: „Do mnie się zwróćcie, wszystkie krańce ziemi, abyście były zbawione, bo Ja jestem Bogiem i nie ma innego” (Iz 45,22). Kiedy więc Chrystus oznajmił, że przyszedł, aby „szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10), to oznajmiał de facto, że jest Bogiem-Wybawicielem; Nowy Testament tak zresztą właśnie nazywa zarówno Chrystusa, jak i Boga Ojca.

Religia zwodzi fałszywą nadzieją
Paweł pisał: „Bracia! Pragnienie serca mego i modlitwa zanoszona do Boga zmierzają ku zbawieniu Izraela”. Następnie apostoł wyjaśnia, dlaczego Żydzi nie zostali zbawieni, mimo że mieli „gorliwość dla Boga”: „...własne [usprawiedliwienie] usiłując ustanowić, nie podporządkowali się usprawiedliwieniu Bożemu. Albowiem końcem zakonu jest Chrystus, aby był usprawiedliwiony każdy, kto wierzy” (Rz 10,1-4). Pomimo gorliwości dla Boga Żydzi zostali potępieni, gdyż nie chcieli zbliżyć się do Boga na Jego warunkach.
Przypuśćmy, że ktoś twierdzi, iż Chrystus umarł wprawdzie za grzechy człowieka, lecz trzeba ofiarę tę uzupełnić: np. dobrymi uczynkami, oddaniem się Maryi, cierpieniem w czyśćcu, przynależnością do danego kościoła bądź uczestnictwem w pewnych sakramentach. Albo też twierdzi, że Chrystus musi być ofiarowywany powtórnie podczas mszy. Czy taki człowiek jest zbawiony? Według Biblii - nie. Wierząc, że do zbawienia potrzebne jest cokolwiek innego, przeczymy faktowi, że Chrystus zapłacił pełną karę za grzech, a zatem odrzucamy Ewangelię. Ktoś, kto nadzieję na zbawienie pokłada w jakimś kościele, nie może jednocześnie wierzyć w zbawienie tylko dzięki doskonałej ofierze Chrystusa. Ktoś, kto interpretację Biblii przyjmuje tylko za pośrednictwem kościoła, nie może powiedzieć, że osobiście zna Boga i osobiście Mu wierzy.
Wielu ludzi twierdzi, że „wierzy w Pana Jezusa Chrystusa”, lecz przypisuje temu biblijnemu sformułowaniu zgoła inny sens. Tym właśnie sposobem powstała cała obfitość fałszywych ewangelii, które zazwyczaj proponują także fałszywy wizerunek „Chrystusa”. Na przykład sekta Nauka Umysłu głosi: „Nie odmawiamy boskości Jezusowi, lecz raczej przypisujemy boskość wszystkim ludziom...” Jezusa nazywa wprawdzie zbawcą, ale dodaje: „Każdy wielki nauczyciel [np. Budda, Mahomet, Freud itd.], który pomaga ludzkości uwolnić się do niewoli materialnej, umysłowej czy emocjonalnej, jest duchowym zbawicielem”. Mimo oczywistości tego kłamstwa Robert Schuller umieszcza na okładce swego czasopisma Possibilities zdjęcie Delli Reese, czołowej osobistości Nauki Umysłu, i przedstawia ją jako chrześcijankę.

Tolerowanie fałszywych ewangelii
Mormonizm głosi, że Bóg (który ma nad sobą innego „Boga”, i tak w nieskończoność) był niegdyś grzesznym człowiekiem, lecz został odkupiony przez „Chrystusa” na pewnej planecie. „Chrystus” właściwy naszej planecie (w przed-ziemskim świecie duchowym przyrodni brat szatana) został poczęty wówczas, gdy „Bóg tego świata” zstąpił na ziemię w fizycznym ciele i współżył płciowo z Marią. Mormoński „Chrystus” nie jest więc Bogiem, który stał się człowiekiem, ale pewnym bytem duchowym, który przybył na ziemię, aby przyoblec się w ciało i dzięki temu stać się „bogiem”. Ku temu samemu aspiruje każdy mormon (mormonki stają się „boginiami”). Życie wieczne dla mormona nie jest darem Łaski Bożej, lecz musi zostać sobie wysłużone. Jego apogeum następuje w chwili, gdy mormon staje się „Bogiem”, stwarzającym kolejny świat, na którym zjawiają się kolejni Adam i Ewa i kolejny szatan, następuje kolejny upadek w grzech, przychodzi kolejny Jezus itd., ad infinitum, ad absurdum.
Robert Schuller tymczasem zaprasza Jacka Andersona, osobistość z kręgów mormonizmu, do swego programu telewizyjnego „Hour of Power” i prezentuje go jako chrześcijanina. Za program „Hour of Power” Schuller zbiera pochwały nie tylko od wszystkich czterech żyjących byłych prezydentów USA, deklarujących się jako chrześcijanie, ale i od Billy'ego Grahama i innych prominentych postaci chrześcijaństwa. Earl Paulk podobnie nazywa mormonów chrześcijanami. Rada Kościołów w Greater Seattle wystosowała wobec Indian przeprosiny za sprzeciw chrześcijan wobec rodzimych indiańskich praktyk duchowych. „Oficjalne przeprosiny” odczytał grupie Indian biskup episkopalny Robert Cochrane. Papież Jan Paweł II (zm.w 2005 roku.przyp.red.)od dłuższego już czasu wspiera podobne działania akceptujące religie pogańskie. Idee ekumeniczne mają wielką moc oddziaływania.

Nowa religia światowa
W rozumieniu katolickim każdy, bez względu na wyznawaną przez siebie religię, zostaje „zbawiony” dzięki pewnym mistycznym związkom z kościołem rzymskokatolickim. Ks. Benjamin Luther podsumował to w popularnej gazecie katolickiej takimi słowami: „Kościół katolicki nie zmienił i nie może zmienić swojej nauki, iż sam w sobie jest on konieczny do zbawienia...” Ksiądz ten wyjaśnia następnie, jak mimo to katolicy mogą przeczyć, iż kościół katolicki naucza, że poza nim nie ma zbawienia. Nie trzeba być członkiem, żeby być zbawionym poprzez „jakąś formę uczestnictwa w życiu Kościoła. Papież Pius XII mówił o »niewidzialnych więziach« łączących nie-członków [z kościołem]. Zatem prawosławni, protestanci, żydzi, muzułmanie, a nawet wyznawcy wielkich religii pogańskich, jak hinduiści czy buddyści, mogą mieć udział w życiu nadprzyrodzonym [...] i łasce, która znajduje się wyłącznie w widzialnych granicach Kościoła Rzymskokatolickiego. Stąd jedynie poprzez kościół mogą oni [wszyscy] uzyskać zbawienie” (Catholic Twin Circle 8 stycznia 1989, s. 15). Jakże to! Pomimo sprzeciwiania się prawdzie Bożej i uporczywego trwania w swych pogańskich praktykach wszystkie religie mogą się zjednoczyć pod egidą Watykanu! Byłyby to doskonałe warunki do stworzenia przez Antychrysta odstępczego światowego systemu religijnego!
Luterańskie Kolegium św. Olafa w Northfield (Minnesota) prowadzi kursy z islamu, buddyzmu, judaizmu oraz hinduizmu. Anantanand Rambachan, hinduski uczony, który od pięciu lat wykłada u św. Olafa, twierdzi, iż „największą barierą do osiągnięcia porozumienia między wielkimi religiami jest chrześcijańskie twierdzenie o tylko jednej drodze do zbawienia”. Luterański pastor Clark Morphew przyznaje mu rację, uważając, że „światowa harmonia religijna [jest] zakłócona przez dogmat o »jedynej drodze«”. Wielu podających się za chrześcijan odrzuca w imię „religijnej harmonii” Chrystusowe słowa: „...nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze Mnie”. Cnotą cenioną najwyżej stała się toleracja wobec szatańskiego kłamstwa! Prorocze okazują się więc słowa Gorbaczowa (były prezydent ZSRR. przyp.red.): „Tolerancja to Alfa i Omega Nowego Ładu Światowego”. Prawda znalazła się w pogardzie.
Wraz ze wzrostem odstępstwa oraz popularności idei Nowej Ery, ekumenizmu i pogardy wobec nauczania nawet wśród ewangelikalnych chrześcijan ignoruje się rozróżnienie na Prawdę i kłamstwo, tak jakby treść naszej wiary nie miała większego znaczenia. Konsekwentne opowiadanie się za Prawdą uchodzi dziś za „negatywne”, natomiast skazywanie na piekło ludzi wierzących kłamstwu i niepowiedzenie im prawdy zyskało status aktu „miłości”. To właśnie już od dziesięcioleci robi przecież Matka Teresa z Kalkuty (zm.w 1997 roku.przyp.red.), uznana za symbol miłości bliźniego. Zamiast opowiadać ewangelię swoim podopiecznym, zachęca ona buddystów, hinduistów, muzułmanów itd. do większego zaufania ich bożkom. Czy osobistości ewangelikalizmu chwalą ją więc za to, że wprost z czystych łóżek oddaje umierających do piekła?!

Trzeba wiedzieć, dlaczego się wierzy
Dusze idą na wieczne potępienie! Dzisiaj szczególnej wagi nabiera napomnienie, abyśmy byli „zawsze gotowi do obrony przed każdym, domagającym się od [nas] wytłumaczenia się z nadziei [naszej]” (1 P 3,15). Dlaczego mamy się  tłumaczyć?  Bo wiara nie jest ślepa, nie jest „skokiem na oślep”, lecz opiera się na fundamencie mocnego materiału dowodowego. Lecz po co potrzebny jakiś materiał dowodowy? Nie wystarczy „po prostu” uwierzyć? Tylko uwierzyć  w co? Jedynie skończony głupiec wierzy w cokolwiek, we wszystko. A zatem w  kogo i  w  co uwierzyć? Jest oczywiste, że wierzenie akurat w „x”, a nie w „y” wymaga przekonującego  uzasadnienia.
Ewangelia to „dobra nowina”. Mamy  wspaniałą nowinę, aby się z niej radować, aby czuć się szczęśliwym i aby chętnie dzielić się nią z innymi. Musimy jednak wiedzieć, jak ją przekazywać, by wszystko było dla słuchacza absolutnie jasne. Jesteśmy winni naszemu otoczeniu przedstawienie Ewangelii tak jednoznacznie, by możliwe było na tej podstawie dokonanie rzeczywiście świadomego wyboru. To zaś wymaga również rozsądnego wykazywania kłamliwości twierdzeń szatana. Apostoł Paweł napominał Tytusa: „We wszystkim stawiaj siebie za wzór dobrego sprawowania przez niesfałszowane nauczanie i prawość, przez mowę szczerą i nienaganną, aby przeciwnik był zawstydzony...” (Tt 2,7-8).
Jedną z największych dziś potrzeb kościoła jest uczenie wierzących posługiwania się zdrową apologetyką, nie tylko po to, aby obalać ateizm, który „wyznaje” tak naprawdę bardzo niewielu ludzi, lecz aby wykazywać błędność fałszywych religii, których ofiarą padają wielkie rzesze. Czemu podczas pobytu na studiach młodzi ludzie tak często „tracą wiarę” czy lądują w jakiejś sekcie? Ci, którzy wiarę „stracili”, tak naprawdę nigdy jej nie mieli, nie wiedząc, ani  dlaczego wierzą, ani w kogo. W przeciwnym razie wyszliby obronną ręką z każdej próby.
Wierzący rodzice nieraz martwią się, czy przypadkiem koledzy nie namówią ich dziecka do porzucenia „wiary” albo czy nie wpadnie ono w tzw. złe towarzystwo. Presja kolegów w szkole może jednak zniszczyć tylko „wiarę”, która również była wynikiem presji: w domu, w kościele, a nie opierała się na solidnym uzasadnieniu. Młody człowiek „uwierzył” być może pod naciskiem rodziców, dziewczyny czy kolegów, aby wypaść dobrze w ich oczach. Albo pod wpływem duszpasterza czy kaznodziei „wyszedł do przodu”, aby znaleźć sobie bezpieczne miejsce w jakiejś grupie. A być może „przyjął Jezusa” z nieszczerych pobudek: licząc na uzdrowienie czy pomyślność materialną, a nie na odpuszczenie grzechów.
Jednakże nawet chrześcijanie odrzucający fałszywe ewangelie i znający prawdę częstokroć boją się konfrontować swoją wiarę z niewierzącymi kolegami w pracy czy w szkole. A przecież obawiając się, że nasza wiara nie wygra w odważnym świadczeniu innym, obrażamy Boga. Studiując na Uniwersytecie Kalifornijskim Los Angeles, czytałem wszelką możliwą literaturę mającą obalić Biblię, autorstwa ateistów, agnostyków, sceptyków. Lektura ta tylko umocniła moją wiarę, gdyż ujrzałem, jak żałosne są ich argumenty w zestawieniu z prawdą Bożą! To, w co wierzymy, musimy wystawiać na próbę, szczególnie w życiu codziennym, i wieść zwycięskie życie dla Niego, a nie dla samego siebie.

Nasza wiara określa nasze czyny
Liczy się nie nasza inteligencja, lecz to, czy nasza wiara jest zgodna z prawdą. Nasz Pan obiecał: „Jeżeli wytrwacie w słowie Moim, prawdziwie uczniami Moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (J 8,31-32). Jest to wyswobodzenie od lęku, że możemy zostać zakłopotani podczas głoszenia Ewangelii, i wyswobodzenie od mocy grzechu, który nas zwodzi i kusi. To, w co naprawdę wierzymy, nie tylko decyduje o naszym wiecznym losie, ale i określa nasze zachowanie tu na ziemi. Boża Prawda ma zatem moc strzec nas od złego.
Będąc w wojsku między 18 a 20 rokiem życia widziałem, jak moi koledzy oddają się wszelkim możliwym grzechom, usiłowali do nich namawiać i mnie. Nie odczuwałem jednak nigdy żadnej pokusy, aby się do nich przyłączyć. Czy jest to dla mnie powód do pysznienia się? Nie. Bo gdybym wiedząc o wiekuistych skutkach takiego postępowania mimo to mu się oddał, byłbym ostatnim głupcem. To, jak postępujemy my i jak postępują nasze dzieci, zależy od tego, w  co  tak naprawdę wierzymy.
Wprost na potępienie zmierza dziś całe pokolenie ludzi, oszukanych przez fałszywą psychologiczną ewangelię o poczuciu własnej wartości, pozbawionych solidnego nauczania, które wyjaśniłoby im, dlaczego droga Boża jest najlepsza. Zostają odcięci od Prawdy, dla której warto przecież i żyć, i umierać. Miłujmy prawdę, ustami i sercami dając przekonujące świadectwo o naszym cudownym Zbawicielu. Bądźmy radośni i śmiali! Jakże wspaniałą będzie wieść o wolności w Chrystusie dla tych, których spętały kłamstwa szatana!

CIB Bulletin sierpień 1991
(za uprzejmą zgodą Autora).
                                 
                                                   

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl