Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

Miłość nam nakazano

                                                
Będziesz miłowaŁ PANA, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej” (V Mojż 6,5; BW). Oto istota więzi, jaką zaplanował Bóg pomiędzy Samym Sobą a Izraelem i całym rodzajem ludzkim. Choć powyższy wymóg nie został dosłownie wyrażony w Dziesięciu Przykazaniach (II Mojż 20; V Mojż 5), to przecież  jeśli mamy wierzyć słowom naszego Pana Jezusa Chrystusa  stanowi on sedno wszystkich przykazań i jest pierwszym i najważniejszym przykazaniem nadanym przez Boga człowiekowi (Mt 22; Mk 12; Łk 10).
Jeśli to właśnie jest największym przykazaniem, wówczas niemiłowanie Boga całym sercem, całą duszą i całą siłą trzeba uznać za najstraszliwszy z grzechów. W istocie. Niemiłowanie Boga jest korzeniem wszelkiego grzechu. Wyjaśnienie przez naszego Pana istoty przykazania miłości nie tylko jest oskarżeniem skierowanym przeciwko ateistom i poganom. Staje się również wyrzutem wobec większości chrześcijan. Jakże haniebnie mało miłości okazujemy Bogu! „Z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej”  powiedział Jezus. Moje sumienie zostało do głębi przekonane.
Drugim w kolejności przykazaniem jest według naszego Pana: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.” Posłuszeństwo temu przykazaniu to podstawowy miernik prawdziwej miłości do Boga. Jan przypomina: „...kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (I J 4,20). Miłość bliźniego jest nieodłącznym skutkiem miłowania Boga. Oba przykazania (miłować Boga, a następnie bliźniego) są jak kwiat i owoc, nierozłączne. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Co więcej, jak mówi Jezus, „na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22,40; BT). Oto sedno całego Pisma Świętego oraz sedno Bożych wymogów wobec człowieka. W jakże wielkim stopniu nie zdołaliśmy im sprostać!
Gdyby nie Boża łaska i odkupieńcze dzieło Chrystusa, to jasne poselstwo Pisma stałoby się dla nas na wieki nieodwołalnym wyrokiem śmierci. Pogwałciliśmy pierwsze i największe przykazanie, a wskutek tego nie potrafiliśmy również zachować drugiego. Karą za grzech jest śmierć: wieczne oddzielenie od Boga oraz od życia i miłości, których tylko On sam jest źródłem. Ponad wszystko potrzebujemy Zbawcy! I czyż łaskawość Boża, która w Chrystusie dała nam wszystko, czego potrzebujemy, nie powinna wzbudzić w naszym sercu miłości ku Niemu, miłości, której On pragnie?

Kochać siebie zamiast Boga
Kościół rzucił się w wir konferencji, zjazdów, seminariów i warsztatów, na których z zapałem naucza się i omawia najrozmaitsze tematy; od uzdrowienia po świętość, od pomyślności po proroctwa, od cudów po problematykę małżeńską. Szczególnie jednak rzuca się w oczy temat miłowania Boga. Rzuca się w oczy... przez swą stałą nieobecność! Wyjątkowy nacisk kładzie się za to na miłowanie samego siebie, czyli na naukę aż do ostatnich lat kompletnie Kościołowi obcą.
Jezus powiedział: „Na tych  d w ó c h  przykazaniach [p i e r ws z e: miłować Boga; d r u g i e: miłować bliźniego] opiera się całe Prawo i Prorocy.” Skoro te  d w a  przykazania stanowią istotę poselstwa Pisma Świętego, oznacza to, iż nic do nich nie potrzebuje ani nie może być dodane. Tymczasem do owych  d w ó c h  dodano ostatnio  t r z e c i e: miłowanie siebie samego. Co więcej, to nowo nadane „prawo” uznaje się za  p i e r w s z e  przykazanie i za klucz do zrozumienia wszelkiej prawdy duchowej. Powszechnie więc naucza się dziś, że miłość do siebie samego jest naszą najżywotniejszą potrzebą; że nie jesteśmy w stanie faktycznie kochać ani Boga, ani bliźniego, jeżeli wpierw nie pokochamy siebie.
To współczesne zniekształcenie nauki Pisma Świętego jest skutkiem przeniknięcia do Kościoła psychologii humanistycznej. Fakt ten bez skrępowania, a nawet z pewną dumą przyznają „chrześcijańscy psychologowie”. Bruce Narramore pisze: „Pod wpływem psychologów humanistycznych, jak Carl Rogers czy Abraham Maslow, wielu z nas, wierzących, zaczęło dostrzegać potrzebę miłości własnej i wysokiej samooceny. Jest to zasada bardzo dobra i niezbędna.”Warto mieć wzgląd na pochodzenie tej fałszywej tezy.
W ciągu 19 wieków historii Kościoła żaden wierzący nie znalazł w Biblii podstawy do nauki o konieczności miłowania siebie samego i wysokiego poczucia własnej wartości. Kalwin, Luter, Wesley, Spurgeon, Moody znajdowali w Biblii nauczanie dokładnie przeciwne. Tę nową „prawdę” odkryli natomiast humaniści; dziś zaś nawet chrześcijańscy duszpasterze i nauczyciele uznali ją za atrakcyjną i w kazaniach i książkach karmią nią swoje trzody.
Chrystus bynajmniej nie zalecał miłości własnej, Chrystus ją ganił! „Dbacie o własny żołądek, odziewacie się, dzień i noc troszczycie się o własną osobę. Zechciejcie poświęcić bliźniemu nieco tej uwagi, którą tak obficie obdarzacie siebie samych. Miłujcie bliźniego z taką hojnością, jak miłujecie siebie.” Chrystus nie polecałby nam miłować bliźniego tak, jak miłujemy siebie samego, jeżeli uznałby, że nasza miłość własna nie jest dość duża.
Niestety dziś nie tylko zapominamy o przykazaniu miłowania Boga, ale wręcz nadajemy mu drugorzędne znaczenie. Pierwszorzędnego znaczenia nabiera bowiem miłość do siebie samego. Nie dajemy się przekonać, że bardzo kiepsko wychodzi nam miłowanie Boga z całego serca, duszy i siły i że jest to największy z grzechów oraz przyczyna wszelkich kłopotów osobistych, za to z zapałem słuchamy zachęt; aby poświęcić uwagę miłowaniu i cenieniu samego siebie! Cóż za zniekształcenie nauki biblijnej!

Wszystko - tylko nie miłość
Kładzie się dziś duży nacisk na światową ewangelizację, i jest to cel z pewnością pożyteczny i godny polecenia. Powinniśmy bezsprzecznie stosować się do Wielkiego Posłannictwa powierzonego nam przez Chrystusa. W Kościele ożywają także nastroje społecznikowskie, dążenie do tego, aby w praktyczny sposób okazać otoczeniu (nie narodzonym dzieciom, bezdomnym, biednym) chrześcijańską miłość. Lecz zbyt często bywa tak, że zapominamy, co powinno zaistnieć na samym początku: zapominamy o głębokiej miłości do Boga.
„Choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał na spalenie” (I Kor 13,3; BW), choćbym dokonywał wielu innych pożytecznych czynów  jeśli nie są one motywowane i uświęcone przenikającą je na wskroś miłością ku Bogu, nie mają w Jego oczach żadnej wartości. Czy naprawdę poważnie potraktowaliśmy poselstwo tego rozdziału o miłości? Jakże to dziwne   i jakże smutne  że miłość ku Bogu zginęła gdzieś w gorączkowej działalności podejmowanej w imię służenia Mu! Chrześcijanin zaiste kocha wiele rzeczy, nieraz nawet świat, który kochać mu zabroniono. Tenże sam chrześcijanin nie myśli jednak zbyt wiele i zbyt poważnie o kochaniu Boga. Czym będzie Niebo? Niewypowiedzianą radością płynącą z wiecznej i nieskończonej miłości. A przecież już teraz moglibyśmy zaznać przedsmaku Nieba  a zarazem podobać się naszemu Panu!
Pasterze Kościoła i ich owce ze zrozumiałych względów troskają się o wiele różnorodnych spraw. Lecz największe przykazanie, którego wypełnienia Bóg oczekuje od nas ponad wszystko inne, nie znajduje pośród nas wiele uwagi, nie wspominając już o zajmowaniu należnego mu miejsca w życiu Kościoła jako ciała i w indywidualnym życiu każdego z nas. To prawdziwa tragedia! I najpoważniejszy zarzut, jakim można obarczyć dzisiejsze chrześcijaństwo. Nie ma chrześcijanina, który by w tej mierze nie zawinił. Ileż to razy z na nowo skruszonym sercem dawałem się na nowo przekonać o tym, jak wiele mi brakuje, jak bardzo jestem daleko od wypełnienia istoty przykazań Bożych. Ileż to razy wołałem do Niego, zasmucony i spragniony Jego wsparcia, aby pomógł mi miłować Siebie z całego serca, a bliźniego mego jak mnie samego.

Nakaz i próby miłości
Biblia pełna jest poleceń miłowania Boga; tłumaczy też, dlaczego powinniśmy to czynić i jak miłe są tego owoce. Oto zaledwie kilka przykładów. Zachęcam do samodzielnego przeczytania każdego z nich i do rozmyślania nad ich treścią. „Teraz więc, Izraelu, czego żąda od ciebie PAN, twój Bóg! Tylko, abyś okazywał cześć PANU, swemu Bogu, abyś chodził tylko Jego drogami, abyś Go miłował i służył PANU, swemu Bogu, z całego serca i z całej duszy” (V Mojż 10,12), „abyś żył” (30,6), „gdyż w tym jest twe życie i przedłużenie twoich dni” (30,20).
„Ach, PANIE, Boże niebios! Jesteś Bogiem wielkim i strasznym, który dotrzymuje przymierza i okazuje łaskę  t y m,  c o  G o  m i ł u j ą  i przestrzegają Jego przykazań” (Neh 1,5). „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z  t y m i, k t ó r z y  B o g a  m i ł u j ą” (Rz 8,28). „Czego oko nie widziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg  t y m, k t ó r z y  G o  m i ł u j ą” (I Kor 2,9). W Księdze Powtórzonego Prawa (V Mojż) 13,13 Bóg mówi nawet, że pozwala fałszywym prorokom czynić znaki i cuda, aby sprawdzić, czy miłujemy „PANA, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej”. Żyjemy w czasie takiej właśnie próby. Żarliwe miłowanie Boga ustrzeże nas przed odstępstwem.
Tak, miłość nam  n a k a z a n o. Prawdziwa miłość ma początek w woli, nie zaś w uczuciach. Fakt, że miłość jest nakazem, nie mieści się w głowie wielu wierzących. Świat wpoił nam przekonanie, że „serce nie sługa” i że miłość należy kojarzyć z romantycznym zauroczeniem się osób różnej płci. „Chłopak poznaje dziewczynę i  z a k o c h u j e  się”  oto najczęstszy temat powieści i filmów. Tymczasem „miłość” bez Boga może przynieść tylko cierpienie.

Zakochany, odkochany...
Stanem „zakochania” nazwano stan zauroczenia tajemniczym, euforycznym, obezwładniającym uczuciem, nad którym nie sposób panować i którego czar prędzej czy później nieuchronnie pryska. Tak jak chcąc nie chcąc, wbrew woli, „zakochujemy” się, tak i mimowolnie się „odkochujemy”, a następnie „zakochujemy” w kolejnej osobie. Brak tu  p o s t a n o w i e n i a  w o l i. Tymczasem  n a k a z a n o  nam miłość czystą: przede wszystkim miłowanie Boga całą naszą istotą, następnie zaś naszego bliźniego z taką samą hojnością, jak kochamy siebie samych. Miłość jest  z o b o w i ą z a n i e m  s i ę  wobec Boga, które przejawia się następnie w stosunkach międzyludzkich.
Stan „zakochania” w istocie zmienia na pewien czas tego, kto mu uległ. Nagle staje się on zupełnie odmieniony. Oto niespodziewanie inna osoba niż ja sam zajęła najważniejsze miejsce w moim życiu, przynosząc oswobodzenie z poddaństwa własnemu Ja, które zazwyczaj trzyma mnie w więzach. Moje Ja nie stoi już na piedestale; jego miejsce zajął kto inny. Miłość i zainteresowanie, które dotąd w ogromnej mierze poświęcałem sobie samemu, otrzymuje teraz ktoś, kto stał się obiektem mojej miłości. Oto przyczyna wielkiej wolności i radości. Czasowe uwolnienie od egocentryzmu wyjaśnia lepiej niż cokolwiek innego ekstazę stanu zakochania  z czego zakochani zazwyczaj nie zdają sobie sprawy.
Jeśli miłowanie drugiego człowieka ma w sobie taką siłę przeobrażającą, cóż może z nami uczynić prawdziwa, głęboka miłość do Boga! Lecz jakże możemy Go miłować? Jest tak wielki, iż jako istoty ograniczone, w żaden sposób nie możemy Go pojąć. Jak Go poznać? Przecież nie sposób miłować kogoś (chyba że z Bożą pomocą), kogo się nie zna. Miłość ma charakter przede wszystkim osobisty.

Złudna i cielesna atrakcyjność obrazów
Coraz częściej naucza się dziś w Kościele, że najlepszy sposób na poznanie Boga to wyobrażanie sobie w myślach Chrystusa, który jest przecież cielesnym obrazem Boga. Tymczasem wizualizacja  jest  najpotężniejszą techniką okultystyczną. Wizualizowanie jakiejkolwiek istoty, choćby nawet „Boga” czy „Chrystusa”, zadzierzga kontakt między nami a demonem ukrytym pod wymyśloną postacią. Mimo to wizualizacja zyskała ostatnio w Kościele ogromną popularność.
Wyrzekając się wszelkich związków z okultyzmem, jej orędownicy zachęcają: „Uwizualizuj Chrystusa tak, jak namalował go twój ulubiony artysta. Następnie mów do niego   a on ci odpowie.” Cóż za makabryczny omam: kontaktować się z wyobrażonym „Chrystusem”! Nawet gdyby obraz utworzony przez nas w myślach idealnie odpowiadał prawdzie (co jest niemożliwe), to i tak praktyka ta przypomina „zakochiwanie się” w fotografii i wyobrażanie sobie, że owa fotografia do nas przemawia! Takie postępowanie zakrawa na szaleństwo  mimo to lansuje je wielu cenionych chrześcijan.
Naucza się dziś również, że wyobrażanie sobie w myślach scen biblijnych pomaga je zrozumieć. Takie stanowisko (polecane w jednym z wydań SCP Journal) ma charakter nie tylko okultystyczny; jest poza tym nielogiczne  i  mylące.  Wyobrażanie
sobie siebie jako członka słuchającego tłumu w Kazaniu na Górze z pewnością nie pomoże w zrozumieniu tego kazania. Większość tych, którzy na własne oczy oglądali i na własne uszy słuchali Jezusa tu na ziemi, ani nie rozumiała Jego nauk, ani się do nich nie zastosowała. W poznaniu Boga i Jego Słowa nie są bynajmniej potrzebne obrazy, choćby najwierniejsze, a tym mniej wyobrażenia scen biblijnych, których szczegółów sama Biblia nie podaje zbyt wiele. „Czego oko nie widziało i ucho nie słyszało...” Bóg jednak objawia swą prawdę naszym sercom „przez Ducha [...] gdyż należy [ją] duchowo rozsądzać” (I Kor 2,914).
Obrazy apelują do ciała. Cielesność zaś jest krótkotrwała. Salomon nazywa wdzięk i piękno „kłamliwym” (Prz 31,30; BT), a Piotr ostrzega przed uleganiem zewnętrznej atrakcyjności, zwraca natomiast uwagę na „ukrytego wewnętrznego człowieka” (I P 3,34 BB). Cóż za niedorzeczność: wyobrażać sobie, że wizerunek Chrystusa utworzony w naszej wyobraźni pomoże nam poznać i pokochać Go lepiej!

Brakujący składnik - postanowienie woli
Miłość nie jest przede wszystkim uczuciem. Jest zobowiązaniem woli. I tego właśnie kluczowego składnika brak w większości przypadków  czegoś, co ludzie zwą dziś „miłością”. Prawdziwego, trwałego zobowiązania się wobec siebie nawzajem brak dziś nawet nieraz w małżeństwach chrześcijańskich, za co winą należy obarczyć oglądanie się na modele lansowane przez świat oraz propagowanie przez wielu duszpasterzy idei miłowania, akceptowania i cenienia przede wszystkim samego siebie.
Postanowienie woli bywa często nieobecne także w więzi poszczególnych wierzących z samym Bogiem. Zamiast mozolnie próbować zrodzić w sobie  u c z u c i e  miłości do Boga, podejmijmy raczej wobec Niego  z o b o w i ą z a n i e, że będziemy Go miłować i okazywać Mu posłuszeństwo. Oto obietnica, jaką zostawił nam Jezus: „Kto ma przykazania Moje i przestrzega ich, ten Mnie miłuje... Ja miłować go będę, i objawię mu Samego Siebie... i Ojciec Mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy” (J 14,2123).
W głębi naszego serca potrzebujemy znać Boga i Jego miłość. Jeśli będziemy Go szukać w Jego Słowie i w modlitwie, objawi się nam przez Swego Ducha. My natomiast mamy powinność miłować Go całym naszym sercem, duszą i siłą. Oby obdarzył nas na nowo przekonaniem o grzechu  grzechu niemiłowania Go, jak należy, i oby pragnienie wypełnienia tego pierwszego i najważniejszego przykazania stało się pasją naszego życia. Bo jedynie wówczas będziemy mogli okazywać sobie nawzajem tę miłość, po której  jak powiedział Pan  rozpoznać ma świat Jego prawdziwych uczniów, tych, którym powiedział: „Jeśli Mnie miłujecie, przykazań moich przestrzegać będziecie.”



CIB Bulletin, luty 1992
(za uprzejmą zgodą autora)

 

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl