Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki,

do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości

2 Tym. 3:16

Zmartwychwstanie: Bóg dał argumenty nie do obalenia

„A jeśli się o Chrystusie opowiada, że został z martwych wzbudzony, jakże mogą mówić niektórzy między wami, że zmartwychwstania nie ma? Bo jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie został wzbudzony; a jeśli Chrystus nie został wzbudzony, tedy i kazanie nasze daremne, daremna też wasza wiara; wówczas też byliśmy fałszywymi świadkami Bożymi, bo świadczyliśmy o Bogu, że Chrystusa wzbudził, którego nie wzbudził, skoro umarli nie bywają wzbudzeni...” (1 Kor 15, 12-15).
Przed blisko dwoma tysiącami lat, zaledwie dwadzieścia parę lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, w kościele korynckim pojawili się ludzie głoszący, że nie ma zmartwychwstania. Apostoł miał przeciwko takiej nauce argument nie do obalenia: „Jakże możecie mówić, że nie ma zmartwychwstania, skoro wiadomo, że Chrystus zmartwychwstał?!”
Dziś sytuacja uległa w pewien sposób odwróceniu: różne religie oferują obietnicę życia wiecznego w takiej czy innej postaci, obietnicę takiego czy innego „zmartwychwstania” - lecz bez żadnego oparcia w faktach. Z wyjątkiem chrześcijaństwa: ono ma na poparcie swojej oferty: fakt zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu. Fakt, który był niepodważalny w połowie pierwszego stulecia po Chr. - lecz z którego dziś ludzie z ambicjami do „jajogłowia”, a nierzadko i z etykietką „chrześcijanina” chcieliby zrobić mit. Łatwo „zrobić mit” z czegoś, co zdarzyło się dawno temu i czego świadkowie już dawno wymarli. Dziś niemała grupa ludzi usiłuje robić mit np. z obozów koncentracyjnych - mimo  wciąż żyjącej licznej grupy ofiar, świadków i obfitości dowodów materialnych. I znajduje słuchaczy. Trudno się więc dziwić, że teoria o „micie zmartwychwstania” zatacza coraz szersze kręgi.
Czy jednak to, że ktoś uważa jakieś wydarzenie za mit i że miało ono miejsce bardzo dawno, daje podstawy, aby je za mit uznać? Oczywiście nie.

Sprawa wykluczona z góry
„...ale gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu...”

Kenneth L. Woodward, autor artykułu „Rethinking the Resurrection” (Newsweek 8 kwietnia 1996), zwraca uwagę na pewne fakty. Już na początku podkreśla taki: „Bez wątpienia zmartwychwstanie Jezusa jest najradykalniejszą z doktryn chrześcijaństwa. [...] O żadnej innej postaci historycznej nie twierdzono uparcie, iż Bóg wskrzesił ją z martwych”. Cytuje też niemieckiego filozofa Ernsta Blocha, w swym światopoglądzie bardzo dalekiego chrześcijaństwu, który jednak w chwili olśnienia zwrócił uwagę: „To nie moralność Kazania na Górze pozwoliła chrześcijaństwu pokonać pogaństwo Rzymu, ale wiara, że Jezus został wzbudzony z martwych...”
Ciekawe jednak, iż dla Blocha fakt ten jest jedynie potwierdzeniem wykoncypowanej sobie przez niego stricte humanistycznej filozofii nadziei, myśliciel ów ignoruje natomiast  samą treść tego faktu! Tak jakby z góry wykluczał możliwość jego autentyczności. W każdym razie taką postawę przyjęli bohaterowie artykułu Woodwarda, „wielcy uczeni” chrześcijańscy.
„Specjalista” w dziedzinie Nowego Testamentu Niemiec Gerd Ludemann (wykładający w Vanderbilt Divinity School) uważa zmartwychwstanie za „pustą formułę”, którą musi odrzucić każdy, kto wyznaje „światopogląd naukowy”. Szacowny biblista okazuje się więc marksistą! A zatem monistą! A zatem kimś, kto wbrew rozsądkowi przyjął sobie kompletnie absurdalny punkt widzenia i co gorsza lansuje go jako naukowy! Nie istnieje przecież coś takiego jak „światopogląd naukowy”! Nauka bada to, co badalne, wiara dotyczy tego, czego nie widzimy. Zatem i Herr Ludemann w coś wierzy: wierzy mianowicie, że jego „światopogląd naukowy” jest najsłuszniejszy. A jednak -- skoro w to wierzy, to automatycznie przestaje być wyznawcą „światopoglądu naukowego”!
Biblista-kryptomarksista ma jednak swoją własną teorię zmartwychwstania, w którą wierzy: Ciało Jezusa „zgniło” w grobie, Piotr zaś doznał subiektywnej „wizji” wskutek przytłaczającego żalu i „poczucia winy” z powodu zaparcia się Jezusa (usługi psychologii jak zwykle okazują się nieocenione!). Idąc tym tokiem myślenia, możemy się domyślić, czym była wizja Szawła, po której się nawrócił, stając się apostołem Pawłem: wizja ta była dla dotychczasowego prześladowcy chrześcijan rozstrzygnięciem podświadomego „kompleksu Chrystusa”.
Inną ciekawą teorię proponuje kolejny utytułowany człowiek: John Dominic Crossan, biblista z chicagowskiego DePaul University. Jego zdaniem zwłoki Jezusa nie zgniły, ale pożarły je psy. Stąd grób Jezusa był faktycznie pusty! Crossan wymyśla własną historię o Jezusie, wędrownym filozofie żydowskim, z którego już jakiś czas po śmierci  żyjący własnym życiem ruch chrześcijański postanowił uczynić Syna Bożego. Wyszłaby z tego powieść, jak u Kazantzakisa albo grafomana Dana Browna, cóż z tego, że może i ciekawa, skoro to fikcja. „Pisaniu ksiąg nie ma końca”, a niezmordowanie płodna wyobraźnia ludzka, w wymiarze fikcyjnym znajdująca ujście w niezmierzonych kilometrach dzieł beletrystycznych i scenariuszów filmowych, powinna być jednak ujarzmiana w wymiarze naukowym tam, gdzie zabieramy się do badania autentyczności faktów. Niestety, wyobraźnia tzw. teologów itp. autorytetów nie wykracza poza ramy ich własnych ograniczeń intelektualnych.
Podobne teorie, mnożące się jak grzyby po deszczu, można by na pierwszy rzut oka uznać za warte rozpatrzenia, do chwili jednak, gdy uświadomimy sobie, że ich autorzy nie mają na ich poparcie nic! Kenneth L. Woodward tak charakteryzuje ich podejście: „Stosują nowoczesne narzędzia krytyczne: rozdrabnianie tekstu, spekulację psychologiczną i najeżdżanie na siebie nawzajem. Po czym dokonują skoku wiary, często swego własnego pomysłu. [...] To nie są beznamiętne badania historyczne, lecz uczoność z przyświecającym jej iście misjonarskim celem: [...] pragnieniem ukazania, iż wiara w cielesne zmartwychwstanie Jezusa jest kompromitująca dla chrześcijaństwa i odwraca uwagę od jego roli reformatora społecznego”.
C.S. Lewis, któremu nieraz zdarzało się napisać jakąś wartościową myśl, ukazuje w Kronikach Narnii taką scenę: Mała i bardzo grzeczna Łucja oraz jej brat, nieznośny i kłamliwy Edmund, trafiają do innego świata przez drzwi do szafy. Starsze rodzeństwo nie chce wierzyć grzecznej i prawdomównej zawsze Łucji, która wytrwale twierdzi, iż byli z Edmundem w innym świecie, postanawia natomiast wierzyć nieznośnemu i zawsze kłamliwemu Edmundowi, który twierdzi, że mała Łucja zmyśla.
Ten epizod ukazuje jakże typową cechę grzesznego człowieka: skłonność do wierzenia w to, co samemu uznaje się za prawdopodobne, bez względu na logiczne przesłanki. W ten typowy sposób zachowała się większość słuchaczy apostoła Pawła na ateńskim areopagu. Słuchano go z pewnym zainteresowaniem, do chwili jednak, gdy wspomniał o wskrzeszeniu Jezusa z martwych. Dla Greków coś takiego było „z góry nie do przyjęcia”:
A gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu, jedni naśmiewali się, drudzy zaś mówili: O tym będziemy cię słuchali innym razem (Dz 17,32).
Rozsądek tymczasem nakazuje wierzyć wiarygodnemu świadectwu, a zwróćmy uwagę, że również Biblia nakazywałaby nie określać sobie z góry, w co będziemy skłonni uwierzyć. Taka jest sytuacja z biblijnym Zmartwychwstaniem: owszem, jest to wydarzenie wedle miary  ludzkiego doświadczenia absolutnie nieprawdopodobne, lecz nie tym powinniśmy się kierować przy decyzji, czy będziemy w nie wierzyć, lecz świadectwem wiarygodnych świadków. Z jednej strony ludzi, którzy widzieli, a z drugiej samego Boga, który na przestrzeni wieków okazywał się zawsze wierny swemu słowu. A skoro tak, to warto Mu wierzyć i w tym przypadku.
Wiara zatem wbrew popularnym wyobrażeniom powinna być uzasadniona: muszę mieć jakieś logiczne podstawy do tego, że wierzę w Jezusa, a nie Sai Babę (który przecież też czyni cuda, podobno jeszcze bardziej spektakularne).
Analiza materiału dowodowego związanego ze Zmartwychwstaniem po dziś dzień, niemal dwa tysiące lat po nim, czyni teorię mitu tak mało prawdopodobną, że de facto wykluczoną. Oczywiście ci, których Duch Święty przekonał o natchnieniu całego Słowa Bożego, nie będą naiwnie padać ofiarą teorii „spiskowych”. Dla wszystkich jednak tych, którzy nie są ugruntowani w wierze, przeżywają akurat „kryzys wiary” albo po prostu w ogóle nie wierzą, a chcieliby się dowiedzieć, jak to było naprawdę, mam dobrą nowinę: relacja czterech Ewangelii oraz całego Nowego Testamentu dostarczy im wszelkiego potrzebnego materiału badawczego. I analizując ją bezstronnie przekonają się, że Chrystus został wbudzony. A wówczas czeka ich kolejna dobra nowina: Jeśli Chrystus zmartwychwstał, to „jakże można mówić, że zmartwychwstania nie ma”!

Fakt powszechnie znany
„...bo też nie działo się to w jakimś zakątku...”

Apostoł Paweł pisząc do Koryntian nie myślał nawet o tym, żeby dowodzić zmartwychwstania Chrystusa. Dwadzieścia parę lat wcześniej wieść o niezwykłym wydarzeniu rozeszła się tak szeroko, iż „ćwierkały o niej wróble na dachu”. Kiedy w dniu Pięćdziesiątnicy uczniów napełnił Duch Święty, Piotr nabrał wreszcie odwagi, aby zaświadczyć o Mesjaszu Izraelskim. Mówiąc o wydarzeniach ostatnich lat, tygodni i godzin powoływał się na proroków Starego Testamentu, powoływał się jednak także na świadectwo współczesnych: swoich licznie zebranych słuchaczy (Dz 2,22) oraz własne i innych uczniów (Dz 2,32). Jego słuchacze, „poruszeni do głębi”, zapytali: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” „I pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz”. Tylko pierwszego dnia głoszenia Zmartwychwstania! Ludzie ci byli poruszeni do głębi mocą Ducha Świętego. Najzatwardzialszy psycholog, jeśli uczciwie podejdzie do sprawy, będzie musiał przyznać, iż pobożni, przywiązani do judaizmu Żydzi, którzy nie tak dawno stali być może w tłumie wołających: „Ukrzyżuj Go!”, nie daliby się łatwo przekabacić na „nową sektę”, mającą za przywódcę „buntownika” ukrzyżowanego jako „złoczyńca”. Nie daliby się przekabacić „grą na uczuciach” (bo przeciętny psycholog za taką uznałby przemówienie Piotra), gdyby wypadki, na które się Piotr powoływał, nie były im faktycznie dobrze znane.
Blisko trzydzieści lat po Zmartwychwstaniu apostoł Paweł, mimo że zagrożony wyrokiem śmierci, śmiało zwracał się do żydowskiego króla Agryppy w „słowach prawdy i rozsądku”:
O sprawach tych wie przecież król, do którego też mówię śmiało, gdyż jestem przekonany, że nic z tych rzeczy nie uszło jego uwagi, bo też nie działo się to w jakimś zakątku. Czy wierzysz, królu Agryppo, prorokom? Wiem, że wierzysz.
Agryppa odpowiedział na to Pawłowi: „Niedługo, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem” (Dz 26). Tak dostojne (według miary światowej) grono: namiestnik cesarski i król, nie dość że wysłuchało bardzo długiej przemowy Pawła nie przerywając mu z gniewem (uczynił to wprawdzie w pewnej chwili Festus, ale nie był on zapewne biegły w Piśmie, nie były mu też bezpośrednio bądź z pierwszej ręki znane wypadki związane z Jezusem; stąd też nie do końca mógł pojąć dowodzenie Pawła), nie oskarżając o zuchwałą niedorzeczność, lecz przyznając na koniec między wierszami, iż dowodzeniu Pawła nie można nic zarzucić.
Tylko ludzie tacy jak arcykapłani i faryzeusze o twardych sercach nie przyjęli do wiadomości faktów pomimo ich drobiazgowej znajomości. „Poszli w zaparte”, nawet wtedy, gdy... sami przeprowadzili udany dowód Zmartwychwstania!

Dowód mimo woli
„...wzięli więc pieniądze i postąpili tak, jak ich pouczono...”

Na pierwszy rzut oka może się komuś wydawać, iż lęk oprawców Jezusa przed wykradzeniem Jego ciała i zabezpieczenie przez nich Jego grobu świadczą przeciwko autentyczności zmartwychwstania. Ludzie walczący z prawdą o historyczności Zmartwychwstania postawili się niejako na miejscu dawnych oponentów Jezusa, przyjmując, że skoro przed grobem postawiono straż, to znaczy to,  że uczniowie mieli zamiar wykraść ciało.
Jednakże ani jedni, ani drudzy nie zechcieli wziąć pod uwagę jednej, najoczywiściej się nasuwającej możliwości: Cóż by się stało, jeśliby „przypadkiem” Jezus faktycznie miał zmartwychwstać (i faktycznie zmartwychwstał)?
Ciekawe, że żadna z tęgich głów Sanhedrynu oraz władz rzymskich nie wpadła na ten przedszkolny pomysł, że jeśli Jezus miałby faktycznie zmartwychwstać, to pilnowanie grobu by temu nie przeszkodziło. Więcej, jeśli Jezus miałby faktycznie zmartwychwstać, to pilnowanie grobu przez doborowy oddział żołnierzy tylko potwierdziłoby fakt zmartwychwstania!
Według mnie tak karygodne zaniedbanie w obmyślaniu strategii ma jedno tylko wyjaśnienie: wolę Bożą. Oprawcy Jezusa knując swoje potajemne spiski byli chcąc nie chcąc narzędziami w ręku Boga. To sam Bóg zaplanował taki właśnie kształt okoliczności towarzyszących Zmartwychwstaniu, abyśmy później nie musieli mieć żadnych wątpliwości co do faktyczności tego Wydarzenia. (Wątpliwości co do tego mogą się nam nasuwać tylko wówczas, gdyśmy nie dość dokładnie zbadali i przemyśleli materiał ewangeliczny).
I stało się zgodnie z Bożym zamierzeniem. Jedna luka w doskonałym planie przeciwników Jezusa położyła całe przedsięwzięcie. „Zapobiegliwi” oprawcy stracili szansę na wiarygodne rozgłaszanie, że ciało wykradziono. (Gdyby grobu nie pilnowali Rzymianie albo zgoła nikt, łatwiej byłoby przekonywać opinię publiczną, że ktoś po prostu przyszedł i zabrał zwłoki. Choć niestety, kto chciał, ten wbrew logice uznał wersję kapłanów. Por. Mt 28,15).
Zdesperowani zatwardzialcy zdecydowali się na posunięcie jeszcze głupsze, po wszystkim każąc żołnierzom rozgłaszać, że uczniowie wykradli ciało, podczas gdy oni, zawodowi żołnierze, pospali się podczas „pełnienia obowiązków służbowych”! W teorię taką nie uwierzyłaby wówczas żadna dziecina.
(1) Po pierwsze, wykluczone było, aby przerażeni, zdezorientowani uczniowie człowieka, który mienił się Bogiem, a okazał wariatem (bądź oszustem), pierwotnie pouciekawszy i pochowawszy się, nabrali nagle odwagi, rzucili się na zawodowych żołnierzy, obezwładnili ich, odsunęli kamień i wykradli ciało.
(2) Po drugie - można by snuć teorię, że uczniowie, wieśniacy wprawdzie tchórzliwi, za to z „żydowską kiepełe”, np. odurzyli żołnierzy z dala jakimś nasennym kadzidłem, po czym w „maskach gazowych”, żeby samemu nie usnąć podczas ciężkiego zadania odsuwania kamienia i wykradania zwłok, zakradli się do grobu i zrobili, co mieli zrobić.
Pozostaje jednak kwestia stanu psychicznego uczniów, po pierwsze śmiertelnie przerażonych perspektywą własnej śmierci, po drugie załamanych śmiercią Tego, po którym „się spodziewali, że On odkupi Izraela” (Łk 24,21). Czy ktoś w stanie „psychozy połączonej z depresją” (ukłon w stronę psychologów!) może zdobyć się na konkretne działanie, i to jeszcze tak trudne i niebezpieczne? Po to, żeby dowodzić, że żyje Ktoś, o kim wiedzą, że umarł?! Zapewne jednak znajdzie się psycholog, który uprze się i stwierdzi, że przerażeni uczniowie ze strachu i desperacji po prostu zwariowali, i wskutek tego szaleństwa naszła ich taka odwaga, iż dzięki nadzwyczajnej dawce adrenaliny zdobyli się na niemożliwe fałszerstwo.
Ta sama w sobie idiotyczna hipoteza ma jednak zasadniczą skazę: Nie można było ot tak sobie bezkarnie napadać na żołnierzy rzymskich - reprezentujących władzę Cesarstwa. Gdyby uczniowie się na ten czyn zdobyli, nie mieliby czego szukać w imperium rzymskim. Musieliby schronić się na odludziach, wpaść jak kamień w wodę; w przeciwnym razie twarda ręka prawa rzymskiego wydobyłaby ich nawet spod ziemi. A arcykapłani już dopilnowaliby tego, aby heretyków, uczniów Heretyka, na dodatek łamiących nakazy władzy, przykładnie ukarano. Tymczasem uczniów zostawiono w zupełnym spokoju. Siedzieli wprawdzie w pokoju na górze jak myszy pod miotłą, ale „z własnej inicjatywy”, tzn. w obawie, żeby władzom na ich widok nie przyszło do głowy postąpić z uczniami Jezusa podobnie jak z Nim samym, a nie dlatego, że rozesłano za nimi list gończy.
(3) Po trzecie, teoria o wykradzeniu ciała Jezusa jest wykluczona już „z definicji”, gdyż mający ją rozgłaszać żołnierze, którzy rzekomo nie dopełnili rozkazu, powinni... nie żyć. Żołnierz rzymski nie mógł bezkarnie ot tak sobie nie wypełnić rozkazu, w dodatku tak prostego jak pilnowanie zablokowanej głazem groty przed paroma niewydarzonymi wieśniakami. Karą za niewykonanie rozkazu była śmierć. Dodatkowo arcykapłani z pewnością takiego zaniedbania w sprawie dla nich tak istotnej nie puściliby płazem. Dzieje Apostolskie ukazują, że nie marnowali oni żadnego pretekstu, aby tylko dowieść swego „triumfu” nad Nazareńczykiem.
Taka jest nieuchronna logika zdarzeń związanych ze zmartwychwstaniem Jezusa; narzuci się ona każdemu, kto zechce poświęcić choć pół godziny na przemyślenie sprawy.
Wydaje się jednak, że mało kto decyduje się na to poświęcenie. Tak działo się wówczas (mimo że kłamstwo ma krótkie nogi i nawet ktoś ze spiskowców w końcu „puścił farbę”), tak dzieje się i dziś, gdy tzw. sceptycy zalewają mass media bezskładnym słowotokiem, powołując się na nieistniejące bądź też istniejące, lecz niemające związku ze sprawą „dowody”, i licząc na to, że znakomita większość ich słuchaczy nie pokwapi się sprawdzić u źródła i obnażyć głupotę ich paplaniny.

Fundament, o jakim inne religie mogą tylko pomarzyć
„...jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wiara nasza...”

Po cóż jednak bić się o Zmartwychwstanie? Czyż prawdziwej wierze potrzeba dowodów? Czyż nie są błogosławieni ci, którzy „nie widzieli, a uwierzyli”?
Owszem są błogosławieni. Błogosławiony jest każdy z nas, kto uwierzył w Zmartwychwstanie, mimo że go nie widział (samego Zmartwychwstania nie widział nikt z ludzi - wyjąwszy Pierworodnego pośród umarłych; por. Mt 28,1-6). Wierzyć jednak mamy Prawdzie, a nie wymysłom, które ktokolwiek mógł rozgłosić z rozmaitych pobudek. Bóg zadbał o to, aby człowiek dręczony niepewnością i obawą oszustwa, ale zdecydowany poznać prawdę, mógł ją poznać w sposób jednoznaczny i nie wymagający nadzwyczajnych zdolności i środków.
Po cóż zatem bitwa o Zmartwychwstanie, o historyczność, autentyczność tego Wydarzenia? Dlatego, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wiara nasza”. Czemu? Dlatego, że zmartwychwstały Chrystus jest pierworodnym pośród umarłych (Kol 1,18). Co to znaczy?
Znaczy to, że zmartwychwstały Chrystus jest dowodem prawdziwości chrześcijaństwa! Jest dowodem, że chrześcijaństwo jako jedyna religia może  dowieść,  iż nie jest zbiorem mniej lub bardziej mądrze brzmiących recept na życie, których przestrzeganie ma dać w efekcie „życie wieczne”, ale czy da -- na to odpowiedzieć sobie można dopiero po śmierci. (Tylko że wtedy może być już za późno). Jezus zmartwychwstając dał dowód, że to, co mówił, jest prawdziwe. Pokazał praktycznie, wręcz  namacalnie propozycję wiary chrześcijańskiej.
Tym się właśnie różni chrześcijaństwo od innych religii. W nich możemy słuchać najpiękniej brzmiących obietnic: czy to o zjednoczeniu z Kosmosem, czy staniu się bogiem, czy rajskim życiu w towarzystwie pięknych hurys itd. Problem w tym, iż każdy buddysta, hinduista, mahometanin itd. umierając odchodzi na zawsze i nie można się od niego dowiedzieć, „jak to jest naprawdę” tam, „po drugiej stronie”.
A Jezus wrócił ze śmierci do życia. Nie jak ludzie „wskrzeszeni” po śmierci klinicznej, którzy „widzieli światło”, mówiące im, że np. każda śmierć jest przejściem do lepszego życia. Nie wrócił też w innym wcieleniu, przypominając sobie podczas hipnozy, iż kiedyś był kimś innym (i oczekując, że w przyszłości, wcieli się w kogoś następnego). Nie wrócił nawet tak jak niegdyś wskrzeszony przez Niego Łazarz. Wrócił już w postaci nieśmiertelnej, w ciele uwielbionym. Jako Ten, który naprawdę zakosztował prawdziwej śmierci i który nie umrze już nigdy więcej (Rz 6,9). Tylko więc On spośród wymienionych może wiedzieć, „jak to jest naprawdę”.
Zmartwychwstanie Jezusa nie przypominało również w niczym tzw. wizyt z zaświatów, podczas których rzekome duchy zmarłych informują swoich bliższych i dalszych znajomych i nieznajomych, że za wrotami śmierci jest pięknie i nikt nie musi się jej obawiać. Jezus nie przyszedł za pośrednictwem medium w sposób „duchowy” (jak koniecznie chcą wierzyć zwolennicy gnostycyzmu). Nie - On specjalnie podkreślał, że jest istotą z ciała: kazał się dotykać, jadł itd. Takie Jego objawienie się w nowej - lecz wciąż fizycznej - postaci również i tym różniło się od wizyt duchów, że odbywało się nie w zakamarkach słabo oświetlonych salonów w obecności wprawionych w odpowiedni stan psychiczny (a nieraz i duchowy) uczestników, lecz nieraz w jasnym świetle dnia w zwykłych okolicznościach dnia codziennego.

Nauczyciel? To za mało!
„Jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni” (1 Kor 15,19). Jeśli Ewangelie są dla nas tylko zbiorem cennych nauk moralnych, a Jezus tylko wielkim Reformatorem Społecznym, Nauczycielem, Autorytetem Moralnym, Prorokiem Bożym, a choćby i Emanacją Bóstwa - który jednak nie zmartwychwstał - to „jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni”! Dlaczego? Bo nawet „ci, którzy posnęli w Chrystusie, poginęli”. A skoro tak, skoro tylko to życie nam pozostaje, cóż ono jest warte?
Na szczęście „jednak Chrystus został wzbudzony z martwych i jest pierwiastkiem tych, którzy zasnęli” (1 Kor 15,20).
Zmartwychwstanie Jezusa jest faktem historycznym, a zarazem największym atutem chrześcijaństwa, oddzielając je nieprzebytą przepaścią od wszystkich innych religii!*

*Jest oczywiście wyjątek: Przepaść ta jest do przebycia dla judaizmu, jeśli pójdzie on drogą Szawła z Tarsu.

                                  

                                             

 

Pisz do nas: kontakt@tiqva.pl